Relacje


powrót »

Przyszedł 13 grudzień… Mieliśmy ustalone dyżury w kopalni, jako skład „Solidarności”. W tym dniu, 13 grudnia, wszyscy trzej członkowie: Glińska, Zgryźniak i Wołowicz byli w domu. Ja wtedy pełniłem swój dyżur i pracowałem jednocześnie na dole. Około 1 w nocy dostałem telefon od sztygara, nawiasem mówiąc – mojego znajomego, który kazał mi natychmiast wyjechać na powierzchnię. Powiedział, że dzieje się coś okropnego – kazałem wszystkim wyjechać na górę. Około 2 nad ranem nocna zmiana, czyli prawie 800 osób, zgromadziła się na sali kinowej. Pamiętam dobrze - to była niedziela. Wielu ludzi dojechało wtedy do kopalni, około 300 chłopaków z Domu Górnika też się wstawiło natychmiast. Już wtedy wiedzieliśmy, że nastała trudna sytuacja.

Z Żor pieszo przybiegła do nas żona Wołowicza, informując nas o aresztowaniu męża. Od razu wiedzieliśmy, że reszta członków „Solidarności” została aresztowana. Nie wiem dlaczego, ale nie aresztowano Janiny Glińskiej – być może z powodu tego, że była kobietą. Po mnie także zapukała milicja do drzwi, ale po dokładnych oględzinach domu stwierdzono, że mnie nie ma. Z naszej kopalni internowano tej nocy czworo ludzi. Wtedy rozpoczął się regularny strajk. Zostałem jego przewodniczącym, Marian Kosiński był moim zastępcą, w skład weszli jeszcze Bronisław Piwowar i Janina Glińska.

Już o godzinie 10 rano, 14 grudnia, pojawił się dyrektor kopalni Leon Guzy. Miał w rękach jakiś papier i obwieścił nam, na tej sali kinowej, że został ogłoszony stan wojenny. My już wcześniej o tym wiedzieliśmy. Komitet Strajkowy zdecydował o wydelegowaniu do kopalni „Jastrzębie” obserwatora, do Międzyzwiązkowego Komitetu Strajkowego. Wybór padł na sygnalistę szybowego Czesława Lipkę. On obecnie mieszka w Australii, bo został zmuszony do ucieczki z kraju, wraz z rodziną.

Nie pamiętam dokładnie, ale chyba 15 grudnia, w poniedziałek rozbito strajk na kopalni „Jastrzębie”. Ludzie cały czas dołączali się do strajku w „ZMP”. Wprowadziliśmy przepustki, zwłaszcza dla kobiet, które musiały wrócić do dzieci, pomimo strajku okupacyjnego. Mężczyźni solidarnie pozostali. W nocy, 14 grudnia, pod kopalnię podjechała milicja, około 15 mundurowych. Wyszedł jeden gruby zomowiec i zapytał, co się u nas dzieje. Obwieściłem mu, że około tysiąc ludzi jest w opozycji do władz i strajkuje, co było oczywiście kłamstwem. Był to wybieg, aby nie zebrali posiłków i nie spacyfikowali kopalni od razu. Wtedy odjechali, a następnego dnia przyszli następni pracownicy, z kolejnych zmian i poczuliśmy się pewniej.

14 grudnia gdzieś między nami szwędali się ubecy. Doznałem szoku, kiedy wśród nich zauważyłem swojego dobrego kolegę, którego bardzo lubiłem. Okazał się szują - esbekiem. Nigdy nie podejrzewałbym go o takie stanowisko, choć zastanawiało mnie jego dziwne zaangażowanie w życie kopalni i funkcje, które w niej pełnił. 14 grudnia on namawiał do rezygnacji ze strajku, ale został przegoniony. Podejrzewam, że wtedy dyrektor miał zatrudnionych ludzi, którzy wiele nie musieli robić, ale wiele musieli widzieć.

Wszystko toczyło się pomyślnie, dopóki nie przyszedł do nas Czesiu Lipka. Pacyfikacja nastąpiła około godziny 9 lub 10 rano. Wtedy kasjerki przestały wypłacać wypłaty, odeszły od kas, a do nas dotarło, co się stało w kopalni „Jastrzębie”. To było straszne! Nie liczono się z nikim i z niczym. Nie ważne były kobiety w ciąży – lali i bili jak popadnie, ludzie uciekali w pola. Pobudziło to wśród nas strach. To był jednak szok, że doszło do tak agresywnej reakcji. Nastały inne nastroje, każdy troszkę się zastanowił nad tym, co robi. Na teren kopalni wjechali wtedy: komendant milicji z Żor, pułkownik Wojska Polskiego - mi osobiście nieznany, szef prokuratury w Rybniku Ragan i jeszcze kilku innych „ważniaków”. Zarządali rozmowy z Komitetem Strajkowym w gabinecie dyrektora, na którą poszedłem ja i Glińska. Chciałem czuć się pewniej… Pułkownik zarządał natychmiastowego opuszczenia kopalni i łapiąc się za kaburę pistoletu powiedział, cały czas trzymając za spluwę: „Będziemy musieli tym odpowiedzieć razie odmowy”. Ja decyzji nie mogłem podjąć, ale zaproponowałem wejście do sali kinowej, do strajkujących, w celu wyjaśnienia tego innym. Zdecydował się ów pułkownik na wygłoszenie przemowy do górników, za nim poszedł dyrektor kopalni i komendant milicji z Żor. Zapewniłem im całkowite bezpieczeństwo.

Pułkownik przedstawił jasny plan i wręcz nakazał: wszyscy muszą się rozejść, bo dalszy bunt się skończy się nakazem pacyfikacji kopalni, jak w KWK „Jastrzębie”. Nie ukrywam, że nastąpiła panika. Nikt nie uciekł, ale w twarzach widać było totalny strach. Zebrał się Komitet Strajkowy i postanowiliśmy o przerwaniu strajku, aby nie narażać ludzi na szykany, ze strony władz. Ogłosiliśmy to, ale okoniem do tej decyzji stanęła młodzież. „Zdrada!”, „Jedziemy na dół!” – krzyczeli. Około 40 ludzi zjechało na dół, a ja odruchowo wsiadłem z nimi do klatki i towarzyszyłem im, razem z Glińską. Kobietom wówczas nie wolno było zjeżdżać, ale złamała ten zakaz. Siedzieliśmy z nimi ponad godzinę, przekonując ich do wyjazdu. Mówiliśmy wtedy, że nie ma sensu trwały opór, bo natychmiast zostaniemy spacyfikowani. Przekonywałem, że walki nie porzucimy, ale musimy obrać inną metodę, bo ta prowadzi do nikąd. Niektórzy chcieli podziemnym przejściem dostać się na kopalnię „Borynia”. Na szczęście udało mi się przekonać tych młodych ludzi by wyszli na powierzchnię. To już był 15 grudnia. Sztandar solidarności i dokumenty z naszej związkowej pracy na szybko przenieśliśmy do maszyny wciągowej, a pieniądze zabezpieczyła Glińska. Nawet później z nich zapłaciła za nas kaucję w komendzie.

Dyrektor ogłosił kolejny dzień, po rozwiązaniu strajku, wolnym od pracy, a mnie puszczono wolno. Nikt nie chciał mnie aresztować. Sam dyrektor zasugerował mi wzięcie samochodu z transportu i szybki powrót do domu. Tam dowiedziałem się, że miałem być aresztowany. 16 grudnia poszedłem do pracy, jakby nigdy nic. Zjechałem na dół, dalej będąc w dozorze. Nie pracowaliśmy wtedy, tylko otoczyły się zacięte rozmowy, na temat panującej sytuacji kraju i w Jastrzębiu Zdroju. 17 grudnia jechałem na drugą zmianę autobusem, ale nagle nastało jakieś zawirowanie i wszystko się zatrzymuje. Z Domu Górnika wyszli młodzi ludzie i zrobili wiec. Dyrektor zawiadomił, w obawie przed kolejnym strajkiem, że druga zmiana ma przymusowe wolne. Nagle z nikąd pojawiło się pełno milicji i wtedy postanowiłem iść w stronę kopalni. Jednak otoczył mnie wianuszek milicjantów, z bronią gotową do strzału. Padło kilka strzałów w powietrze, ktoś krzyknął: „Puśćcie go!”. Zostałem zabrany do gazika.

W samochodzie mnie pobito. Milicjantów było czterech, ja zostałem skuty. Na przednim siedzeniu siedział podporucznik (być może) Miżnik, który pierwszy uderzył mnie z pięści w twarz. Polała się krew, ale mimo to wielokrotnie mnie uderzył. Nie mogłem się otrzeć, więc krew ciekła mi po twarzy, a on krzyczał: „Ty sk…. Ty jesteś od roboty, a do rządzenia to jest dyrektor kopalni i my! Ja ci dam strajkować”. Wydał komendę zatrzymania się, powiedział: „Rozwalimy go”. Tylko dlatego, że jeden z milicjantów powiedział, że „załatwią to” w KM w Żorach dojechałem w całości. Po przyjeździe na komendę od razu zaprowadzono mnie do piwnicy, tam rozkuto i kazano rozebrać się do naga. Było strasznie zimno, a ja stałem nago… Przeszukali mnie dokładnie i postawili pod ścianą. Wtedy jeden z esbeków wyciągnął pistolet i przeładował go, powiedział, że mnie zastrzeli. Wtedy doznałem szoku - strach, śmierć… nagle ktoś przybiegł do nas i powiedział, że coś się dzieje na górze. Zostawili mnie z dwoma milicjantami. Jeden z nich był bardzo młody, nie znam jego nazwiska, zapytał mnie: „Co teraz będzie?”. Nie wiedziałem, co będzie i nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć. Na tym się skończyło, wtrącono mnie do celi. Nie wiem, czy dostałem coś do jedzenia lub do picia.

Po dwóch dniach zostałem przewieziony do komendy w Rybniku i przekazany służbom bezpieczeństwa. Odebrali mnie dwaj cywile i kazali mi spisywać zeznania, czyli cały przebieg strajku. Interesowało ich wszystko – kto był w komitecie strajkowym, jak przebiegały wydarzenia. Ja nic nie pisałem, dopóki nie padło zdanie: „No co k… nic nie piszesz, nie masz co pisać?”. Jeden z nich rzucił mnie na podłogę i przykuł do kaloryfera, skopał. Potem agresor wyszedł z pomieszczenia i wszedł jeden mały „ktoś”, ten „dobry glina”. Nawrzeszczał na tych agresorów, upominając, że tak się nie postępuje z więźniami. On jednak też mnie nakłaniał do pisania, sam też wreszcie zaczął mnie straszyć i przekazał, że zostanę internowany za opór. Kartka przede mną pozostała pusta, zabrano mnie w końcu do celi.

Przed świętami Bożego Narodzenia znalazłem się w więzieniu w Szerokiej, w słynnym pawilonie nr 3, z wydaną na piśmie decyzją o internowaniu, którą podpisał komendant z Katowic. Tam spotkałem kolegów: Wołowicza, Grabowskiego i innych. Kosiński nie był internowany, tak samo jak Glińska – nie wiem dlaczego. Tam przeżyliśmy wspólnie święta, a ja szybko wylądowałem w izbie chorych. Dlatego nie brałem udziału w mszy, którą odprawił z okazji świąt biskup Domin. Z izby chorych wyszedłem po około 4-5 dniach do cel, przepełnionych maksymalnie, śmierdzących i brudnych. Przez cały dzień mieliśmy wprawdzie pootwierane cele, a tylko na noc nas zamykano. Do tego czasu nie mogłem się kontaktować z rodziną. Któregoś dnia przyjechał jednak mój ojciec i siostra na widzenie, które odbyło się w dziwnym, kameralnym nastroju. Rodziny siedziały razem, gawędziły… Jednak nad każdym z nas stał cenzor, który upominał, i wskazywał na jakie tematy można rozmawiać. Kilka dni po tym widzeniu kazano mi się pakować, co najpierw wydawało się być sygnałem wypuszczenia mnie. Koledzy gratulowali, myśląc, że wracam do domu. Wtedy podpisywano „lojalki”, ale ja jej nie podpisałem. Mimo to wydano mi ubrania z magazynu, wyszedłem przed bramę i myślałem, że wracam do żony… Ale przed brama czekali na mnie milicjanci. Sam się tego nie spodziewałem i byłem strasznie zaskoczony.

Skuto mnie ponownie, nie wiedziałem wtedy o co chodzi, bo znów trafiłem do komendy w Żorach. Esbek wziął mnie na przesłuchanie, przeczytał też zarzuty, czyli: za stanie na czele Komitetu Strajkowego, w stanie wojennym zostanie sądzony w trybie doraźnym z dekretu 46, paragrafu 1, za co grozi nawet kara śmierci. Ja ponownie odmówiłem zeznań. Byłem wręcz bezczelny w swym postępowaniu. Nikt wtedy mnie nie uderzył.

Kolejnego dnia, to było już chyba w styczniu, ten sam esbek zabrał mnie i Mariana Kosińskiego na przesłuchanie. Nie wolno było nam się porozumiewać między sobą, ale my się ich nie baliśmy i zamieniliśmy kilka zdań. Przedstawiono mi zarzut organizacji strajku. Wrzucono nas razem do gaźnika, nie wiedzieliśmy, gdzie jedziemy. Wylądowaliśmy w Gliwicach, w prokuraturze garnizonowej wojskowej. Na terenie wojska przesłuchiwano nas ponownie. Nienawidziłem tych esbeków, ale wojsko kojarzyło się dość dobrze. Pomimo stanu wojennego nadal miało dobrą opinię. Przesłuchiwano mnie stosunkowo ludzko, zwłaszcza w porównaniu z esbekami. Służbowo i chłodno - ale ludzko. Coś tam powiedziałem, właściwie tylko to, że odbył się strajk i niewiele więcej. Podpułkownik Wierzbicki nie był mi znany, chyba go nie widziałem.

Zostaliśmy aresztowani, ja i Kosiński, a potem jeszcze Piwowar. Osadzono nas w gliwickim areszcie śledczym, jako oskarżonych, a nie jako internowanych. Sprawa sądowa odbyła się dość szybko, już w lutym. Nie potrzeba było świadków i wielkiej rozprawy. Powiedzenie było jedno: „Mamy człowieka, paragraf się znajdzie”.

Rozprawę prowadził major Godyń, w lutym 1982. W 1988 lub 1989 roku usłyszałem w telewizji, że generał brygady Godyń został prezesem Sądu Najwyższego Izby Woskowej w Warszawie. Zdziwiłem się, bo to było w okresie przejściowym, podczas tzw. „odwilży”. On często sądził na Śląsku i wydawał wyroki skazujące, a mimo to obsadzono go na tak poważnym stanowisku. Ale wracając do naszych losów - my dostaliśmy wyrok w zawieszeniu na trzy lata, łącznie z grzywną. A po tej sprawie nas wypuszczono i przyjęto spowrotem do pracy. Przyjmował nas pułkownik wojskowy, bo cała kopalnia była zmilitaryzowana. On ostrzegł mnie przed wykroczeniami, czyli zakazał nawoływać do strajków. Stwierdził, że mam dobrą opinię, jako pracownik i poprosił o niewykraczanie poza ramy stanu wojennego. Prokuratura nie dała jednak za wygraną i wystąpiła o rewizję nadzwyczajną, która odbyła się w Warszawie, chyba w marcu. Pojechaliśmy tam razem z Kosińskim. Przed Sądem Najwyższym w Izbie Wojskowej prowadził sprawę jakiś generał, który uznał, że pierwszy wyrok w naszej sprawie jest słuszny. Odrzucił roszczenia prokuratora i utrzymał wyrok pierwszej instancji w mocy. Wiedziałem wtedy, że chwilowo więcej szykan nie będzie.

W czerwcu 1982 roku na kopalni, zbieraliśmy pieniądze dla internowanych, które chcieliśmy przekazać kościołowi, ponieważ księża aktywnie uczestniczyli we wspomaganiu więźniów politycznych. Ktoś doniósł o tych działaniach, byli przecież i tacy ludzie, którzy lubili donosić. Pewnego dnia, będąc w pracy, dostałem informację, że jadą po nas milicjanci. Glińskiej kazałem uciekać i szybko przekazałem jej papierowe pieniądze, by je oddała na wieży maszyniście. One były potrzebne „Solidarności”, a uzbieraliśmy sporą kwotę. Kiedy mnie aresztowani zabrano mi te pieniądze, które mi w rękach zostały. Wyśmiano mnie, że tylko tak mało zebraliśmy dla internowanych. A ja miałem satysfakcję, że znaczna kwota była już zabezpieczona.

Znów zostałem zabrany na komendę, razem z Wołowiczem. Dostałem najwyższe kolegium w kwocie pieniężnej. Glińska wyciągnęła nas za kaucją, z pieniędzy związkowych. Nie wiem, z jakich powodów Wołowicza przywrócono do pracy górniczej, a mnie wezwał dyrektor i powiedział, że z polecenia wyższych służb jestem zwolniony. Zakazał mi wtedy wstępu na kopalnię, ze strażnikiem załatwiałem tzw. „obiegówkę”. Było to zabezpieczenie, żebym z nikim nie rozmawiał. Odsunięto mnie automatycznie od pracy, ale wypłacono pieniądze, jakbym dostał wypowiedzenie. Przez rok byłem bez pracy, na utrzymaniu żony – pielęgniarki. Zespół Opieki Zdrowotnej, w którym pracowała moja małżonka, nie miał nałożonego embarga na przyjmowanie byłych internowanych. Zostałem tam przyjęty, za kwotę mniejszą prawie siedmiokrotnie, od tej, którą zarabiałem na kopalni. Pracowałem w ZOZ ponad rok i w międzyczasie starałem się dostać pod KWK, ale wszędzie mi odmawiano. Wzywano mnie do Komendy Wojewódzkiej w Katowicach i kazano opuścić kraj, nawet doprowadziło to do chwili załamania. Mieszkałem wówczas z córką, zięciem i wnuczką i nie chciałem ich opuszczać. Użyłem zatem podstępu i wyraziłem zgodę na wyjazd do Stanów Zjednoczonych pod jednym warunkiem – że moja cała rodzina poleci ze mną. Oczywiście nie wyrażono na to zgody, tylko postraszono mnie ponownie, grożąc nawet śmiercią.

Dziewięciokrotnie miałem rewizję w mieszkaniu, ale byłem przezorny i nie trzymałem żadnych podejrzanych materiałów w domu. W tamtym czasie związałem się dość blisko z kościołem i brałem czynny udział w katolickim życiu podziemnym. Znów użyłem wybiegu i powiedziałem, że zwołam konferencję prasową dziennikarzy zagranicznych w Warszawie, jeśli nie przestaną mnie tak notorycznie nachodzić i rewidować (9 rewizji w moim mieszkaniu). Uczciwie powiem, że opowiedziałbym o sytuacji w kraju z miłą chęcią. Od tego czasu przestano mnie nachodzić. Później pewne twarze esbeków widziałem w kościele, kiedy przychodzili na mszę…

W kościele „na górce” byli wspaniali księża – Czernecki i Białas. Tam spotykaliśmy (podziemny KIK) się i obchodziliśmy rożne uroczystości kościelne (Msze za Ojczyznę). Pamiętam też, że z pomocy prałata Czerneckiego korzystał Tadek Jedynak, który reprezentował region śląski w Warszawie, działał w MKZ i był osobą szanowaną w naszych kręgach za swoją dzielną postawę. Został oczywiście uwięziony w okresie stanu wojennego i nie miał szans na wypuszczenie, ale w wyniku jakiejś amnestii znalazł się spowrotem w Jastrzębiu i z nim poszedłem do księdza Czerneckiego – ten był bardzo zaskoczony i ofiarował nam wtedy dużą pomoc.

Poszedłem do pracy w zakładzie „BUDEX”, dostałem się tam z jeszcze jednym kolegą, którego nazwisko też znajdowało się na indeksie osób, których nie wolno było przyjmować do pracy w kopalni (wilcze bilety). A ta firma nie miała informacji na ten temat, albo nie musiała się takimi restrykcjami przejmować. Ale stawiam na tą pierwszą ewentualność. Oczywiście nie przyznałem się, że byłem internowany. Powiedziałem, że pracuję w ZOZ-ie z powodu chwilowego złego stanu zdrowia. Przeszedłem prawidłowo wszystkie badania i w 1984 roku zostałem przyjęty jako górnik, na stanowisku fizycznym. Dostawałem już normalną pensję i trochę polepszyło się finansowo w domu. Jednak w 1986 roku przyszło do nas pismo, że „BUDEX” nie jest zrzeszony w Rybnickim Okręgu Węglowym i muszę płacić kilkakrotnie większy czynsz za swoje służbowe mieszkanie. Takie pisma otrzymali ci, którzy odeszli z kopalni. Nie wiem, kto wysłał to zaświadczenie. Musiałem zapłacić kilkakrotnie większy czynsz lub do pewnego czasu opuścić mieszkanie. Wziąłem ten papierek i poszedłem do znajomego, kierownika działu zatrudnienia w KWK „Moszczenica” z zażaleniem. Nie wspomniałem, że byłem czynnym działaczem strajku – wiedziałem, że interesowali go działacze tylko z jego kopalni i nie wnikał w to, jakie nazwiska są na „czarnej liście”. On doradził mi napisanie odwołania od tej decyzji i osobiście zobowiązał się do wstawiennictwa w tej sprawie. Napisałem więc, że mam niewiele lat do emerytury i chcę spokojnie przepracować ten czas, z zachowaniem moich warunków mieszkaniowych. Zezwolono na przeniesienie mnie służbowo w inne miejsce pracy, tak też zacząłem pracę w kopalni „Moszczenica”. Tylko to wstawiennictwo „załatwiło” mi to służbowe przeniesienie, które dla mnie było szczęśliwym trafem. W „Moszczenicy” doczekałem szczęśliwie 1988 roku, kiedy nastąpiły ostatnie strajki.

Tam też zawiązał się komitet strajkowy z udziałem Grzegorza Kolosy, wspaniałego, młodego, bardzo pracowitego i sympatycznego człowieka. Pamiętam m.in. Henryka Kryzę, Bogdana Krauze. No kopalnię przybył łącznik z MKS w KWK Manifest i rozpoznał mnie z działań z ubiegłych lat. Tak trafiłem do KS jako doradca. Potem nastąpiło słynne zejście na dół. Był tam też Romuald Bożko, który nie pracował wówczas w kopalni (zwolniony), ale znalazł się podczas strajku na „Moszczenicy”. To już był właściwie koniec naszej walki i tego strajkowego dążenia do swoich celów. Potem już ogromna radość z sukcesu i życie toczyło się dalej, swoim torem.

Moja żona, Anna, pracowała w ZOZ-ie i tam w 1988 roku zorganizowała Solidarność. Była inicjatorką, a zarazem przewodniczącą związku. Razem chodziliśmy do kościoła, uczestniczyliśmy wspólnie w tym podziemnym życiu religijnym. Łączyliśmy się w swoich działaniach. Brała udział podczas pierwszych wyborów w mieście Jastrzębie Zdrój, w dwóch kadencjach była radną miasta. Później zrezygnowała z tej funkcji, ze względu na stan zdrowia. Zawsze była bardzo aktywna w działaniach przeciwko systemowi komunistycznemu. Pierwszy prezydent, wybrany wolnych wyborach był jednak dalej starym komunistą. Chociaż to były wolne wybory nie udało się przeforsować wszystkich naszych, walczących wcześniej o wolność ludzi. Chociaż mieszkańcy mieli wolną rękę wybrali czerwonego. Żona walczyła potem o wszystko z radnymi, bardzo dużo zrobiła w tym mieście, zwłaszcza w Komisji Służby Zdrowia.

Po tych wszystkich trudnych latach mam pewną satysfakcję, że dokonałem właściwego wyboru. Niczego się nie wstydzę, choć były różne opinie, z powodu zakończenia strajku w 1981 roku. Ale ja do dziś jestem przekonany, że dokonałem dobrego wyboru, bo walka trwała nadal, a obyło się bez rozlewu krwi i bicia niewinnych ludzi. Może ktoś mi zarzuci, że mogłem powziąć inną decyzję, ale po latach potwierdziło się, że miałem rację.

Porównując tamte czasy, a dzisiejszą Polskę uważam, że wreszcie jest wolność. Są swobody, których wtedy nie było. Szkoda, że gospodarka kuleje, że są małe zarobki, że rząd jest skłócony i zmienny… Ale wyszliśmy z marazmu i trzeba czasu na nauczenie się demokracji. Mamy wolną prasę, nawet niewielkie ingerencje się nie udają. Nie ma alternatywy, żeby Polska poszła w złym kierunku – jesteśmy w Europie. Żal mi młodego pokolenia, które ma problemy ze znalezieniem pracy i samodzielnym utrzymaniem rodziny. Kończą studia i właściwie nie mają co ze sobą zrobić, łapią po kilka etatów i dalej mają zbyt mało zarobków. Ale wychodzę z myślą, że może ich dzieci lub wnuki będą miały coraz łatwiej i lepiej.

Wspomnienia są trudne i często bolesne. Czasem drastyczne i nieprzyjemne, ale mam świadomość, że dołożyłem swoją „cegiełkę” do tworzenia nowego systemu w którym mamy wolną Polskę.


Opracowanie: Paulina Krachało, Andrzej Kamiński




Zbigniew Grab
powrót »