Relacje


powrót »

Do Jastrzębia Zdroju przybyłem w 1970 r. ze względu na możliwość szybkiego otrzymania mieszkania. Podjąłem pracę na KWK „Moszczenica”. Załogi kopalń dzieliły się na tych, którzy byli związani z partią, więcej zarabiali i mieli dostęp do wycieczek, wczasów i innych rozrywek organizowanych przez działające związki zawodowe. Pozostali musieli wykonywać gorsze prace, mniej płatne, pracować w nadgodzinach i w obowiązkowe niedziele „planowe”. Wszystko skupiało się wokół wydobycia i nie ważne było, jakie były tego koszty i skutki. W efekcie dochodziło do wielu wypadków przy pracy, które były ukrywane z uwagi na grożące konsekwencje. Atmosfera w pracy, oraz problemy z nabyciem podstawowych artykułów rodziły w ludziach sprzeciw.
Pod koniec sierpnia 1980 roku rozpoczęły się strajki, w których brałem udział. Wchodziłem w skład Komitetu Strajkowego na KWK „Moszczenica” Szyby Zachodnie i kierowaliśmy strajkiem do chwili podpisania „Porozumienia Jastrzębskiego” (3 września 1980 r.) Po zakończeniu strajku podjęliśmy pracę na swoich stanowiskach i zaczęliśmy tworzyć nowy niezależny związek zawodowy, który później został zarejestrowany jako NSZZ „Solidarność”.
Na przełomie stycznia i lutego 1981 r. zostałem wybrany do Prezydium ZK KWK „Moszczenica”, gdzie zajmowałem się sprawami organizacyjnymi Związku. Jednocześnie wszedłem też w skład Komisji Rozjemczej przy KWK „Moszczenica” i z ramienia Związku byłem członkiem prezydium Rady Robotniczej. Między innymi z mojej inicjatywy podjęto uchwałę o przejęciu budynku, w którym była siedziba Komitetu Miejskiego PZPR i utworzeniu w nim przychodni oraz siedziby „NOT-u” kopalni. Na I WZD Śląska utworzyliśmy Region Śląsko-Dąbrowski. Zostałem wybrany do Zarządu Regionu, jako członek komisji interwencyjnej. W listopadzie 1981 r. podjęliśmy działania zmierzające do tworzenia struktur zastępczych władz Związku na poszczególnych szczeblach, na wypadek aresztowań lub innych nieprzewidzianych sytuacji. Region został podzielony na cztery ośrodki: Katowice, Tychy, Jastrzębie Zdrój i Tarnowskie Góry. Zaleciliśmy, aby w zakładowych organizacjach związkowych tworzyć tak zwany „drugi garnitur” działaczy, którzy mogliby przejąć kierowanie Związkiem w sytuacji kryzysowej. Atmosfera przed wprowadzeniem stanu wojennego była bardzo napięta, trudno było przewidzieć, co może się wydarzyć. Zacząłem się obawiać, co z tego wyniknie. Gdy w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. zostałem powiadomiony o aresztowaniach, zrozumiałem, że teraz będziemy mieli bardzo poważne kłopoty. Pojechałem na teren kopalni, gdzie spotkałem kolegów z Prezydium ZK „Moszczenica”. Ustaliliśmy, że będziemy czekać na wyjazd załogi z III zmiany i wspólnie podejmiemy decyzję dotyczącą dalszych działań. Po naradzie z mężami zaufania z poszczególnych oddziałów przedstawiliśmy załodze obecną sytuację i zaproponowaliśmy podjęcie strajku.
13 grudnia 1981 r., w godzinach rannych, ogłoszony został strajk okupacyjny, za którym opowiedziała się większość załogi. Przy bramach zakładu ustawiła się Straż robotnicza, która wspólnie ze strażą przemysłową zabezpieczała zakład. Na dół zjechali tylko nieliczni, aby zapewnić bezpieczeństwo kopalni. Próbowaliśmy nawiązać kontakt z innymi zakładami pracy, ale zostały zablokowane linie telefoniczne. Początkowo łączyliśmy się po tzw. „linii górniczej”, ale i ona wkrótce została zablokowana. Tego dnia akcja protestacyjna była znikoma. Zewsząd dochodziły wiadomości o masowych aresztowaniach działaczy, wśród ludzi panował coraz większy strach. Staraliśmy się zachować spokój i podtrzymać nastroje wśród strajkującej załogi, aby wytrzymać do 14 grudnia, kiedy rozpocznie się normalny dzień roboczy. Byłem przekonany, że dojdzie wtedy do strajku generalnego, władze będą musiały zmienić swoją decyzję i odwołać stan wojenny. W poniedziałek zorganizowaliśmy masówkę, na której przedstawiliśmy ogólną sytuację w kraju i na terenie kopalń naszego miasta. Uczestniczyło w niej około 300 ludzi, wszyscy poparli akcję strajkową i żądali zwolnienia aresztowanych oraz odwołania Stanu wojennego. Z uwagi na dotkliwe konsekwencje wynikające z dekretu o stanie wojennym, staraliśmy się tak kierować strajkiem, aby nie wskazywać na jego przywódców. 14 grudnia doszło do spotkania na cechowni z dyrekcją kopalni, Komisarzem Wojskowym, z-cą komendanta MO w Jastrzębiu Zdroju, którym przedstawiono żądania załogi. W godzinach popołudniowych udałem się na kopalnię „Jastrzębie”, gdzie spotkałem się z tamtejszym Komitetem Strajkowym. Dowiedziałem się, że na wszystkich kopalniach jastrzębskich trwają strajki. Ustaliliśmy, że nie będziemy tworzyć Komitetu Strajkowego z uwagi na konsekwencje wynikające z dekretu o stanie wojennym. Zapewniono nas, że wojsko nie użyje siły wobec strajkującej załogi. Nie dano gwarancji, że podobnie zachowają się oddziały ZOMO. W trakcie rozmów z żołnierzami dowiedzieliśmy się, że są wyposażeni w ostrą amunicję, granaty ręczne oraz lekką broń. Ulicami miasta kilkakrotnie przejechała kolumna czołgów i wozów opancerzonych, wywołując wśród mieszkańców grozę i strach. Postanowiliśmy zaapelować do załogi, by nie stawiać czynnego oporu, gdyż może dojść do użycia broni. Po zapewnieniach przedstawiciela dowodzącego oddziału wojska i ZOMO uważaliśmy, że w najgorszym przypadku strajkujący górnicy zostaną przemocą usunięci z cechowni i terenu kopalni. W godzinach wieczornych ponownie udałem się na KWK „Jastrzębie”, aby uczestniczyć w rozmowach z kapitanem dowodzącym wojskiem.
15 grudnia, w godzinach przedpołudniowych, czołgi i wozy opancerzone podjechały na plac autobusowy KWK „Jastrzębie”. Zomowcy utworzyli dwuszereg. Zażądano opuszczenia przez załogę terenu kopalni. Górnicy jednak na ten apel nie zareagowali, czekali na rozwój wydarzeń trwając we wspólnej modlitwie. W tej sytuacji ZOMO uzbrojone w tarcze i długie pały utworzyło szpaler przed cechownią. Za nimi ruszył pluton całkowicie zamaskowanych i uzbrojonych funkcjonariuszy ZOMO, którzy zaczęli rozbijać szklane ściany i drzwi cechowni. Powstał zgiełk. Strajkujący zaczęli śpiewać. Zomowcy zaatakowali bezbronnych ludzi zmuszając ich w ten sposób do wyjścia przed cechownię. Ich zawziętość i agresja wobec ludzi nasilała się. Było widać, jak w okolicach ust pojawiła się im piana. Uciekający z cechowni musieli przejść przez szpaler zomowców, którzy sukcesywnie okładali ich pałami. Wmieszany w tłum opuściłem teren kopalni. Miałem szczęście, że uderzyli mnie tylko raz. Z obawy przed aresztowaniem udałem się do Jastrzębia Zdroju. Po drodze dowiedziałem się, że w kościele w Zdroju odbywa się msza, w której uczestniczy załoga wypędzona z KWK „Moszczenica”. Oni również zostali usunięci siłą z terenu zakładu. Od kolegów z Komitetu Strajkowego usłyszałem, że nikogo nie aresztowano. Poprosiłem księdza prowadzącego mszę, aby mi pozwolił przez mikrofon powiedzieć kilka słów. Podziękowałem górnikom za udział w strajku. Zaapelowałem o powrót do pracy i wykonywanie jej zgodnie z przepisami. W godzinach popołudniowych udałem się „na górkę”, gdzie spotkałem Romualda Bożko. Proboszcz Czernecki zapewnił nas, że w kościele znajdziemy wsparcie i pomoc. Kilkakrotnie spotykaliśmy się na plebani, wymieniając informacje na temat poszkodowanych i aresztowanych.
17 grudnia, po rozmowie telefonicznej z dyrektorem kopalni, podjąłem pracę na III zmianie. Rano, po wyjeździe, zostałem wezwany na rozmowę z dyrektorem i Komisarzem KWK „Moszczenica”. Powiedziano mi, że mogę kontynuować pracę, jeżeli zobowiążę się, że będę pracował zgodnie z przepisami o stanie wojennym, nie będę brał udziału w większych zgromadzeniach oraz nie będę prowadził żadnej działalności związkowej. Poinformowano mnie również, że za udział i kierowanie strajkiem zostanie wszczęte dochodzenie i będę pociągnięty do odpowiedzialności zgodnie z dekretem o stanie wojennym. Nie przyznano mi urlopu i otrzymałem zakaz opuszczania terenu miasta. Spodziewałem się, że zostanę aresztowany. Aby to opóźnić, znalazłem się w szpitalu górniczym w Jastrzębiu. Po wyjściu z niego otrzymałem zwolnienie do końca roku i w ten sposób udało mi się uniknąć aresztowania. W mieszkaniu bywałem bardzo rzadko z uwagi na to, że było ono pod obserwacją SB.
1 stycznia opuszczając mieszkanie przy ul. Wielkopolskiej 55/30 zostałem zatrzymany przez sześciu funkcjonariuszy ZOMO. Po rewizji mieszkania przewieziono mnie do Komendy Wojewódzkiej w Katowicach, gdzie przez kilkadziesiąt godzin znęcano się nade mną fizycznie i psychicznie. Zamykano mnie w sali, gdzie znajdował się stolik i krzesło na stałe przymocowane do podłogi. Kilkakrotnie kazano mi się rozbierać do naga, robić przysiady i pompki, a jak wykonywałem to za wolno, byłem popychany i kopany. Grożono, że nie zobaczę już rodziny, pojadę na „białe niedźwiedzie”, a w najlepszym wypadku posiedzę z dziesięć lat. Te kilka dni poniżania i nękania będę pamiętał do końca swojego życia. Do dziś nie mogę zrozumieć jak Polak może być tak okrutny wobec drugiego Polaka. 4 stycznia zostałem przesłuchany przed prokuratorem wojskowym. Nie chciał słuchać moich skarg dotyczących traktowania na Komendzie Wojewódzkiej, radził tylko, abym dla własnego dobra złożył wyjaśnienia w sprawie strajku. Żeby nie pogarszać swojej sytuacji postanowiłem nie skarżyć się na sposób traktowania mnie w areszcie. Nie byłem wyjątkiem, wszystkim aresztowanym dawano porządny wycisk. Funkcjonariusze byli do tego dobrze przygotowani i wyszkoleni. Bili tak, aby nie pozostawiać żadnych śladów. 5 lutego odbyła się rozprawa za organizowanie i przewodnictwo w strajku na KWK „Moszczenica”. Otrzymałem wyrok dziewięciu miesięcy w zawieszeniu na 5 lat oraz grzywnę w wysokości 20 tys. zł. Miałem także obowiązek pokrycia kosztów sądowych w wysokości 17 tys. zł. Mimo wyroku sądowego zostałem zawieziony do aresztu i przesłuchany przez funkcjonariusza SB, który nie podał swojego stopnia, ani nazwiska. Straszył mnie internowaniem, jeśli odmówię podpisania deklaracji o lojalności. Na części tej deklaracji znajdowało się zobowiązanie o przestrzeganiu przepisów o stanie wojennym, a około ¾ strony było puste i na dole miałem złożyć swój podpis. Nie zgodziłem się na to, pomimo że byłem tam przetrzymywany aż do godzin wieczornych.
Po powrocie do Jastrzębia skontaktowałem się z księdzem proboszczem Czerneckim, któremu opowiedziałem swoje przeżycia z aresztu. Podziękowałem mu za wsparcie i pomoc, jaką zostałem obdarzony przez Kościół. Poprosiłem księdza, aby mi pozwolił w trakcie mszy podziękować również wszystkim ofiarodawcom za wsparcie, jakie otrzymałem. Po rozmowie z dyrektorem i Komisarzem kopalni warunkowo dopuszczono mnie do pracy na dole i pod specjalną obserwacją. Często byłem wzywany na przesłuchania, ponieważ ludzie na mnie donosili. Czułem się rozczarowany, że tak szybko dali się przekupić dobrami materialnymi z książeczki „G”. Sam zrezygnowałem z niej i nie pracowałem w wolne soboty i niedziele. Za swoją postawę i częste wyjazdy z Jastrzębia byłem podejrzewany przez SB o kontakty z działaczami „podziemnego oporu” i kolportaż wydawnictw na terenie miasta. Byłem śledzony i miałem swoich specjalnych „opiekunów”, dlatego musiałem ograniczać swoje kontakty z działaczami na terenie Jastrzębia oraz unikać częstych wizyt na plebani u księdza Czerneckiego.
Usiłowano mnie zmusić do współpracy poprzez donoszenie na kolegów. Kategorycznie się temu sprzeciwiałem i wyśmiewałem takie propozycje. W pracy nie dopuszczono mnie od wykonywania robót strzałowych. Wywierano nacisk na moich bezpośrednich przełożonych, aby przydzielali mi gorszą pracę, przez co miałem niższe zarobki. W 1983 r. postanowiłem zmienić zakład pracy, ale z uwagi na stan zdrowia od 1984 r. przeszedłem na rentę inwalidzką. Mając więcej wolnego czasu często wyjeżdżałem poza teren Jastrzębia, co spowodowało, że ponownie z większą zawziętością próbowano zmusić mnie do współpracy z SB. Podjęto bardzo zdecydowane działania przeciw bratu, Edmundowi Więckowskiemu, który ze mną mieszkał w Jastrzębiu przy ulicy Wielkopolskiej 55/30, żeby zmusić go do współpracy. Abym nie mógł przyjeżdżać do Jastrzębia i nie miał kontaktów z tutejszym środowiskiem odebrano mi prawo do zajmowanego mieszkania. Za odmówienie współpracy z SB, przez mojego brata, zwolniono go z pracy i często zatrzymywano pod różnymi pretekstami. Wykorzystywano każdą możliwość, aby mi pokazać, że będę musiał na stałe opuścić teren miasta Jastrzębie Zdrój. W miejscu, gdzie mieszkała żona wraz z córką, również byłem inwigilowany. Po każdym przyjeździe z Jastrzębia byłem wzywany na przesłuchanie w Komendzie MO w Lubsku. Musiałem przez kilka godzin wyjaśniać, gdzie i z kim się spotykałem. Utrudniano mojej córce przystąpienie do matury i podjecie pracy w Urzędzie Celnym. Ciągłe przesłuchania doprowadziły do tego, że zaniechałem wszelkich kontaktów ze znajomymi z pracy, Związku i podziemia, miało to również negatywny wpływ na stan mojego zdrowia.
Dość często zadaję sobie pytanie: „Czy warto było ponieść tyle strat moralnych i przeżyć tyle upokorzeń?” Uważam, że było warto się poświęcić. Nie było łatwo, ale zmiany jakie obserwuję były możliwe dzięki postawie takich ludzi jak ja. Obecnie jest wiele nieprawidłowości i różnych problemów, które na co dzień dotykają ludzi, ale to wina tych, którzy powinni dbać o dobro społeczne.
 

Źródło: "NASZA SOLIDARNOŚĆ JASTRZĘBIE, STAN WOJENNY" - Solidarność Jastrzębie Zdrój 2006




Marek Więckowski
powrót »