Relacje


powrót »

Długo dawałem się namawiać do pisania wspomnień o historii tamtych lat. Dopiero perswazja mojego kolegi, Euzebiusza Bogdanika, skłoniła mnie do utrwalenia na piśmie własnych przeżyć dotyczących lat osiemdziesiątych. Przemówiły do mnie słowa: „że jak nie napiszemy tego my, bezpośredni świadkowie tamtych lat, to zrobią to za nas kiedyś inni, ale na swoją modłę. W przyszłości nasze wnuki będą uczyć się w zakłamaniu. Tak jak nam kiedyś, tak być może im wpoją fałszywe fakty historii”.
Po raz pierwszy na lekcji historii w Szkole Podstawowej zetknąłem się z fałszywą propagandą. Pamiętam, jak w domu tata wziął mój zeszyt do ręki, w którym zapisałem notatki na lekcji o przyjaźni polsko – radzieckiej, o naszym wschodnim bracie. W nerwach i z obrzydzeniem rzucił go na stół mówiąc: „Co za głupoty oni cię tam uczą? Jaki to nasz przyjaciel? Ja sam do Rosjan strzelałem, a oni do mnie we wrześniu w 1939 r. Nie ma w tej notatce za grosz prawdy. Ty nigdy nie wierz kłamstwom”. Wówczas niewiele z tego rozumiałem. W szkole mówiono inaczej i w domu inaczej. Na moje dociekliwości słyszałem odpowiedź: „Jesteś za młody, by to zrozumieć”. W tamtych czasach z dziećmi na te tematy się nie rozmawiało. Gdy dorastałem wiele rzeczy przestało być tabu. Powoli zaczęła się kształtować moja świadomość uczestnicząc w rozmowach na podwórku z ludźmi „starej daty”.
Przyjechałem na Śląsk do Jastrzębia Zdroju, w sierpniu 1980 r. Później zaczęły się strajki i powstała „Solidarność”. Spadło jarzmo tyranii i obłudy. Zaczęliśmy oddychać świeżym powietrzem, choć nadal w biedzie, zakłamaniu i wszechobecnej czerwonej propagandzie. Nastał 13 grudnia 1981 r. i stan wojenny. Setki tysięcy ludzi ogarnął strach, smutek i cierpienie. Dla starszych ludzi nie była to nowość. Kolejny barbarzyńca budził w nich obrzydzenie broniąc utopii - ustroju najlepszego ze wszystkich możliwych. Stan wojenny otworzył oczy wielu młodym ludziom zaślepionym w doktrynie światłości, dobra każdego człowieka, które to hasła wypisywano na czerwonych sztandarach. Wprowadzenie Stanu wojennego, 13 grudnia 1981 r., miało tę dobrą stronę, że wielu młodych ludzi zobaczyło prawdziwą twarz socjalizmu oraz demokracji i zmieniło swoje poglądy. Jednak podstawą w dążeniu do wolności byli ci, którzy prawdę i Polskość wynieśli z rodzinnego domu. Otrzymali ją od rodziców, ludzi doświadczonych przez los, którzy nie dali złamać się okupacją, a później ciężkimi i nieraz okrutnymi latami powojennymi.
Stan wojenny zastał mnie w domu. Mieszkałem wówczas w Jastrzębiu Zdroju, przy ulicy Pszczyńskiej. Rankiem włączyłem telewizor, a na ekranie pokazał się tzw. „śnieg”. Pomyślałem, że popsuł mi się odbiornik. W południe poszedłem odwiedzić rodzinę na osiedlu. Od drzwi słyszałem jak bratowa ze łzami w oczach i podekscytowaniem mówiła, że jest wojna. Wysłuchałem kolejnego wystąpienia generała Jaruzelskiego i zrozumiałem, że wprowadzono stan wojenny. Byłem zaskoczony. Zadawałem sobie pytanie: „Jak mogli zrobić to własnemu narodowi?”. Zacząłem się zastanawiać, co czynić dalej. Nazajutrz, podczas masówki na KWK „Moszczenica” dowiedziałem się wszystkiego. Od tej pory kolumny czołgów, skotów i suk milicyjnych na sygnale stały się codziennością. Był to pokaz siły, którego celem było zastraszenie ludności miasta. Na osobach nie obytych z takim widokiem robiło to wrażenie. Najbardziej doskwierały nam wtedy godzina milicyjna, pustki w sklepach, szarość dnia codziennego. W radioodbiornikach i w telewizorze słychać było niczym nie skrępowaną, czerwoną propagandę i bezustanne oczernianie działaczy „Solidarności”. Wiele środowisk czuło wtedy ogromny, narastający gniew.
Przyszedł czas na rozbijanie strajków na kopalniach. Rozpędzanie i rozpraszanie strajkujących na KWK „Manifest Lipcowy” widziałem jedynie z balkonu przy ulicy Krakowskiej. Przebywająca u rodziny mama błagała mnie, abym nie wychodził z domu. Zostałem, chociaż ciekawość była bardzo silna. Widziałem jak na polach między kopalnią, a zabudowaniami Jastrzębia Górnego nacierały na siebie kilkanaście razy dwie fale: robotników i zomowców. Słychać było sygnały karetek pogotowia bezustannie kursujących w kierunku Szpitala Górniczego w Jastrzębiu Zdroju.
Mijały trudne miesiące. Msze Za Ojczyznę w Kościele „na górce” odbywały się regularnie z ogromnymi tłumami wiernych. Wszyscy wyczekiwali na płomienne kazania księdza proboszcza Bernarda Czerneckiego i księdza Henryka Białasa, które wtedy niezwykle nas podnosiły na duchu. Początkowo wierni nieśmiało podnosili rękę pokazując znak „Solidarności” podczas śpiewania pieśni „Ojczyzno ma” i „Boże coś Polskę”. Z biegiem czasu znak ten pokazywali wszyscy, nawet małe dzieci nieświadome uroczystości, w których brały udział. Ogromnym wsparciem było także słuchanie „Głosu Ameryki”, czy radia „Wolna Europa”. Zaczęły sie pojawiać na ulicach i przystankach ulotki z karykaturami Stanu wojennego, ulotki z różnymi odezwami. Jastrzębie nie spało. Pewnego dnia, kolega Edek w poufnej rozmowie zaproponował mi udział w podziemiu. Miał to być kolportaż książek drugiego obiegu, gazetek i znaczków różnego rodzaju. Tym razem długo się nie zastanawiałem. Z pewnym czasem moja działalność wciągała mnie coraz bardziej. To było jak przygoda, tylko miało się świadomość, że są to niebezpieczne działania. Nie żałuję jednakże tamtych lat. Poznałem wówczas wielu ciekawych, bezinteresownych ludzi, którzy się nie poddawali, dokładali swoją małą cząstkę do tego, aby podnieść świadomość wielu osób i utrzymywać nadzieję, że nie wszystko jest już stracone. Reakcje były różne. Bywali tacy ludzie, którzy bali się wziąć gazetkę do ręki, inni z kolei czytali z wielką zachłannością i co pewien czas sami dopytywali się o kolejne materiały. Wielu ludzi było zaangażowanych, aby takie gazetki i ulotki mogły powstać. Jedni zdobywali papier, drudzy pisali, inni drukowali. Musieli być jeszcze tacy, co wszystko przewozili, przenosili i segregowali. Mówiło się na to wszystko „konspira”. Bałem się jak każdy, który był zaangażowany w działalność w podziemiu. Chodziłem po ulotki na ulicę Wrzosową. Wracałem do swojego domu obładowany torbami, wietrząc wszędzie niebezpieczeństwo. Zmieniałem trasy przemarszu z bagażem. W każdym stojącym, rozglądającym się mężczyźnie widziałem funkcjonariusza UB. Ręce nieraz drżały mi z wrażenia. Gdy idąc chodnikiem przypadkowo widziałem, jak z piskiem hamował samochód, poziom adrenaliny podnosił się do niebotycznych rozmiarów. Nie łatwo było po przyjściu do domu uspokoić nerwy. Następnie dokonywało się segregacji materiału, rozdzielania na „hasła” i lokale przy ulicy Jasnej, Szkolnej i Pomorskiej. Niektórzy nie mogąc wytrzymać napięcia, presji rodziny, zaniechali działalności w podziemiu. Mieli do tego prawo.
Moja działalność zakończyła się na kilka miesięcy przed zalegalizowaniem „Solidarności”. Aresztowali mnie i dwóch kolegów w pracy na kopalni „Krupiński”. Byłem na komendzie w Żorach i w Jastrzębiu. Zrobiono mi rewizję w domu, trwała ona przez kilka godzin. Przesłuchiwano mnie. Po dwóch tygodniach musiałem zmienić miejsce pracy i kopalni. Wiele cennych rzeczy i pamiątek nigdy nie odzyskałem, mimo interwencji u nowego komendanta Milicji. Pozostałe rzeczy, które posiadam, są dla mnie bardzo cenną pamiątką po tamtych latach.
Z ludźmi, którzy działali w podziemiu spotykam się do dziś na ulicy. Kłaniamy się do siebie. Nie znamy często nawet własnych imion. Pozostajemy bezimiennymi postaciami tamtych niełatwych lat. Została mi satysfakcja, że nasze wysiłki nie poszły na marne i możemy żyć w wolnej, niepodległej Polsce.
 

Źródło: "NASZA SOLIDARNOŚĆ JASTRZĘBIE, STAN WOJENNY" - Solidarność Jastrzębie Zdrój 2006
 




Krzysztof Trzaska
powrót »