Relacje


powrót »

Po podpisaniu „Porozumienia Jastrzębskiego” panowała euforia i radość. Później zaczęły się różne prowokacje komunistyczne. Nie łudziliśmy się, że to, co wywalczyliśmy, długo się utrzyma. Symptomem, że zbliża się coś niepokojącego, było zdarzenie, które miało miejsce 12 grudnia 1981 roku. Spotkałem wieczorem człowieka. Zataczał się, gdyż miał wysoką gorączkę, gubił w drodze do domu rzeczy osobiste. Snujący się za nim intensywny zapach, sugerował, że wraca on ze szpitala. Zastanawiałem się, jakim cudem puścili go do domu. Dziś wiem, że dzień przed interwencją ZOMO na kopalniach, wypisywano ze szpitala pacjentów, by zrobić miejsce na przyjęcie rannych osób.
Pracowałem wówczas na KWK „Jastrzębie”. 15 grudnia 1981 r. miałem nocną zmianę. Rano aresztowano wielu działaczy, mających prowadzić akcję protestacyjną. Pozostał z nami Józef Gałuszka. Na cechowni odbyło się zebranie. Panował tłok. W pewnej chwili osoby obserwujące teren od strony wartowni, przybiegły z informacją o zbliżających się do naszej kopalni oddziałach ZOMO, które bez wahania wkroczyły na teren zakładu i szybko otoczyły cechownię. Zomowcy po wybiciu szyb błyskawicznie rozpoczęli swoje działania. Zgromadzeni zareagowali głośnym krzykiem. Atakowano, głównie używając pał, wszystkich, którzy znajdowali się w najbliższym otoczeniu. Stałem blisko drzwi frontowych. Dostałem kilka razy w plecy. Do dzisiaj noszę ślady po tych uderzeniach. Miałem wtedy dwadzieścia parę lat, więc na atak zareagowałem wówczas spontanicznie, bijąc pięściami zomowca. Wtedy dostałem ponownie pałą, ale tym razem w głowę. Odwróciłem się i zrozumiałem, że nie mam większych szans. Gdy spotkałem po wyjściu z internowania Henryka Nejmana dowiedziałem się od niego, że KWK „Jastrzębie” miało być Hiroszimą Śląska. Na tej kopalni strzały miały padać bez dyskusji. Wyszedłem z cechowni razem z tłumem, który ruszył w kierunku łaŸni i w stronę szybu. Dochodziło nadal do starć górników z ZOMO. Pamiętam, że wszystko odbywało się w wielkim chaosie. Towarzyszył ciągle tym wydarzeniom krzyk, dym i zapach gazu łzawiącego. Po wyjściu z cechowni zastanawialiśmy się, jak dalej postępować. Niektórzy postanowili zjechać na dół kopalni. Byłem temu przeciwny. Obawiałem się, że nas poduszą, ponieważ nie jest problemem odciąć wentylację pod ziemią. Postanowiłem pójść w kierunku IV szybu. W międzyczasie widziałem ludzi, uciekających przez okna po piorunochronie. Ponieważ przy zejściu czekali na nich zomowcy, niektórzy zaczęli wracać tą samą drogą. Piorunochron przypominał wówczas kiść winogron utworzoną ze zwisających ludzi. Na ich nieszczęście zerwał się. Dobiegłem do końca IV szybu, prowadzącego w kierunku Wodzisławia Śląskiego. Zobaczyłem na drodze, długi szereg gęsto ustawionych wozów opancerzonych. Wiedziałem, że nie mam szans na ucieczkę. ZOMO i wojsko było wszędzie. Nie było także po co wracać na kopalnię. Poczułem, iż jestem w sytuacji bez wyjścia. Usiadłem i wypaliłem papierosa. Gdy skończyła się interwencja służb porządkowych na KWK „Jastrzębie”, wróciłem na cechownię. W pamięci utkwił mi unoszący się w powietrzu zapach gazu łzawiącego i widok wielu zgubionych przez uciekających ludzi, rzeczy osobistych, którzy teraz ich poszukiwali. Miałem to szczęście, że przed wejściem na cechownię, zostawiłem wszystko w szafce. Uniknąłem w ten sposób utraty czegokolwiek. Po zakończeniu akcji wśród ludzi panowała psychoza. Stałem razem z nimi. Było nas wielu. Po usłyszeniu sygnału karetki ludzie natychmiast uciekli w popłochu. Nasze reakcje były nieprzewidywalne. Wydostanie się z terenu kopalni nie było rzeczą łatwą. Zomowcy utworzyli szpaler w kierunku wartowni, zapewniając nam „ścieżkę zdrowia”. Ulice były obstawione samochodami i czołgami. Postanowiłem opuścić teren kopalni udając się w kierunku zakładu produkującego wodę gazowaną. Dostałem się kanałami na rondo. Przemknąłem do domu bez starć z ZOMO.
Na drugi dzień poszedłem do przychodni z obrażeniami na plecach. Lekarze w dokumentacji nazywali przyczynę naszych obrażeń „wypadkiem na cechowni”. Wszyscy dostaliśmy kilka dni chorobowego. Po ochłonięciu, nastąpił czas na dalsze działania. Był to trudny okres, ponieważ odsunęło się od nas wielu ludzi zapalonych wcześniej do walki, otwartych na zmiany, zagorzałych antykomunistów. Uwierzyli propagandzie, że przez „Solidarność” brakuje towaru w sklepach. Wówczas pojawił się także strach, gdyż trudno było rozpoznać, kto jest z nami, a kto przeciwko. Została jednak grupa, która nadal potrafiła się mobilizować do działania. Jedną z nich tworzyłem ja wraz z Józefem Kończalem, Józefem Marcinkiewiczem i Antonim Grabowskim. Wszystkich nazwisk nie pamiętam i nie chciałem ich wówczas zapamiętać. Taka zasada anonimowości chroniła nas wtedy w razie ewentualnego aresztowania. Drukowaliśmy ulotki. Nasza drukarnia mieściła się w dzielnicy Zdrój, w pobliżu dzisiejszego kina „Panorama”. Z kolegą rozprowadzałem je, głównie na dworcu w Moszczenicy i na terenie KWK „Jastrzębie”. Jego samochodem dostarczaliśmy ulotki w zaplanowane miejsca. Wymagało to nieraz dokładnego przygotowania, ponieważ place kopalniane w trakcie stanu wojennego były cały czas otoczone przez miejskie patrole. Musieliśmy zatem znajdować przeróżne sposoby, aby zrealizować plan i zdążyć uciec. Na kopalni także zwoziłem ulotki na dół lub rozwieszałem na łaźni, przez którą musiało przejść codziennie wielu górników. Czasami i tam musiałem sobie radzić w trudnych sytuacjach.
Pamiętam, jak rozwieszany przeze mnie duży plakat spadł na podłogę. Zwróciło to uwagę kilku osób, które zaczęły do mnie podchodzić. Podniosłem go szybko i przywiesiłem. Aby wybrnąć z sytuacji, skierowałem do gapiów nie mające nic wspólnego z treścią plakatu pytania o to, czy prosto lub krzywo wisi i szybko oddaliłem się z tego miejsca. Cały czas towarzyszył nam strach. Otrzymywaliśmy informacje o brutalnym traktowaniu internowanych, wiedzieliśmy, że i my w każdej chwili możemy znaleźć się w podobnej sytuacji. Mimo to kontynuowaliśmy nasze działania. Zbieraliśmy również pieniądze wśród znajomych na wsparcie rodzin internowanych. Drukowaliśmy ulotki przez okres dwóch lat, aż do momentu, kiedy wykryto naszą działalność. Przyjechałem akurat do drukarni. Ktoś poinformował mnie, że mam nie wchodzić do klatki. Zorientowałem się w sytuacji. Zaczęła gonić mnie milicja. Uciekałem w kierunku kościoła w Zdroju. Miałem wielkie szczęście i trafiłem na bezinteresownego taksówkarza, który postanowił mi pomóc. Otworzył drzwi samochodu i krzyknął, abym wsiadł do niego. Zawiózł mnie do kościoła „na górce” bez pobierania opłaty za podróż. Aresztowali z naszej grupy wszystkich, których przyłapali na drukowaniu ulotek. Nie wiedzieliśmy jednak, gdzie zostali osadzeni. Próbowaliśmy zdobyć jakieś informacje na ten temat.
W tym czasie byłem oddać paszport na Komendzie Milicji w Jastrzębiu. Pamiętam leżących w korytarzach komendy zomowców. Starałem się przejść bardzo cicho, aby ich nie rozdrażnić. Sprawa z paszportem stała się później pretekstem mojej wizyty w Komendzie Wojewódzkiej w Katowicach. Pojechałem tam celowo, aby zdobyć jak najwięcej informacji o aresztowanych kolegach. Po dotarciu do Katowic wszedłem na komendę, tłumacząc się koniecznością załatwienia sprawy z paszportem. Gdy mnie wpuszczono zapytałem o Marcinkowskiego i pozostałych działaczy naszej grupy. Poinformowano mnie, że są tu obecni. Nic więcej się nie dowiedziałem, była to jednak dla nas ważna informacja. Później doszły do nas wieści, że przebywają w Szerokiej, skąd wkrótce wywieziono ich do Kokotka. Postanowiliśmy z kolegą, że pojedziemy do nich. Niestety, na miejscu okazało się, że zostali już przewiezieni do Obozu dla Internowanych w Uhercach. Kilku osobom z naszej grupy udało się nawiązać z nimi kontakt. Wówczas zaczęliśmy im dowozić żywność. Oni z kolei przekazywali nam koperty i znaczki, które drukowali w areszcie. Był to symbol ich działalności, mimo odizolowania. Pomagaliśmy im do momentu, kiedy i przeciwko nam rozpoczęło się śledztwo. Aresztowano wówczas naszego szefa, który niestety okazał się donosicielem. Z całej naszej grupy jedynie ja nie zostałem złapany. Pragnę także podzielić się innymi wspomnieniami, z okresu stanu wojennego, nie związanymi konkretnie z moją działalnością, jako kolportera ulotek. Pewnego dnia byłem w kawiarni „Sielanka” w Jastrzębiu Zdroju. Były to czasy, kiedy często byliśmy kontrolowani, dlatego każdy nosił ze sobą dowód osobisty. Do lokalu weszli milicjanci, żądając od nas dokumentów. Jeden z gości zostawił dowód w szatni. Funkcjonariusze stwierdzili, że powinien mieć go przy sobie. Siłą wyprowadzili go z lokalu i pobili. Czuli się bezkarni. Demonstrowali swoją siłę i władzę przy każdej okazji.
Okres stanu wojennego utkwił głęboko w pamięci wielu Polaków. Był on ciężki i trudny, szczególnie dla ludzi aktywnych i szczerze pragnących zmian. Wielu z nich nosi pamiątki tamtego czasu do dziś na własnej skórze. Z czasem działalność Związku na kopalni słabła. Górnicy zostali poniekąd przekupieni książeczkami „G” i w ten sposób udobruchani przez władzę. Na KWK „Jastrzębie” zostało tylko piętnastu płatników składek.
 

Źródło: "NASZA SOLIDARNOŚĆ JASTRZĘBIE, STAN WOJENNY" - Solidarność Jastrzębie Zdrój 2006




Bogusław Jan Światowiec
powrót »