Relacje


powrót »

Środowisko jastrzębskie było bardzo specyficzne. Przybyli tu ludzie z całej Polski.Różne były ich charaktery, usposobienia i sposób przygotowania do życia. Budując kościół „na górce” i spotykając się często z mieszkańcami, potrafiłem rozróżnić, z jakiego regionu pochodzili. Łączyło ich jedno, i to trzeba bardzo mocno podkreślić przywieźli ze sobą wielki szacunek i cześć wobec swoich matek. Oparliśmy na tym naszą pracę duszpasterską. To był fundament, na którym tworzyliśmy wspólnotę ludzi z różnych regionów. Nieprzypadkowo budowany przez nas kościół otrzymał nazwę Najświętszej Marii Panny Matki Kościoła, z której każda matka brała przykład. Spotykaliśmy się często, nie tylko w dzień, ale również w nocy, kiedy trzeba było rozładować transport materiałów. W szopie na budowie odbywały się nasze pierwsze katechezy. Podczas tych spotkań zrozumiałem, że ci ludzie czuli się bardzo osamotnieni. Często pytali: „Kim my jesteśmy w tym środowisku? Czy jesteśmy tylko robotami, które mają coś wytworzyć i nic w zamian nie otrzymać?” Prosiłem, aby sprecyzowali, czego im brakuje. Odpowiadali, że ducha. Zagwarantowano im pracę i pieniądze, ale odebrano inne, cenniejsze wartości. Przede wszystkim pozbawiono ich osobowości. Kościół, który budowaliśmy, miał im pomóc się wyzwolić. Wkrótce to zrozumieli.
Uświadamiałem im, że to my budujemy kościół, my budujemy społeczeństwo i państwo. Wielu przywódców późniejszych strajków wywodziło się właśnie z tej grupy. Oni już wtedy byli zapaleni. Te katechezy potęgowały w nich patriotyczne uczucia, pomagało mi to w budowie kościoła, który od samego początku stał się dla nich ostoją, mającą im pomóc pozostać ludźmi. W chwilach zwątpienia przypominałem historię powstań narodowych. Uświadamiałem, że gdyby wtedy ludzie zrezygnowali i poddali się, to dziś nie byłoby na mapie śladu naszego kraju. Polała się krew, ale dzięki temu urodziliśmy się już w wolnej Polsce. Teraz musimy zapewnić sobie prawdziwe poczucie wolności. Cały czas byliśmy pod stałą obserwacją. Jeździły za mną dwa samochody, siedzący w nich funkcjonariusze śledzili każdy mój krok.
W latach 1978 - 1979 często przypominałem słowa papieża, które powiedział w Warszawie: „Niech stąpi duch Twój i odnowi oblicze ziemi”. Byłem pewien, że wcześniej czy później tak się stanie. Ciekawe, że nastąpiło to właśnie w Jastrzębiu, ale nie był to przypadek. Rok 1980 nie był dla mnie zaskoczeniem. To, co wówczas się stało, rodziło się dniami i latami, ci ludzie od dawna szukali tej wolności. Podkreślam, że wszyscy księża zdawali sobie sprawę z tego, że tej wolności nie możemy naruszyć, a musimy ją uzewnętrzniać. Wszystko skupiło się „na górce”, tam był sekretariat a w nim dwóch fachowców kontrolujących formułowanie zapisu postulatów pod względem prawnym. Ludzie mieli ograniczone zaufanie do przedstawicieli władzy. Przez pięć dni odprawiałem msze na kopalni „Borynia”, „Jastrzębie” i „Moszczenica”. Na tę ostatnią przybyłem w momencie, kiedy wszyscy byli już przebrani i wybierali się do domów. Krzyknąłem: „Dokąd idziecie? Dwadzieścia wieków temu uciekł Piotr i inni apostołowie, ale Jan został. Macie być Janami, a nie Piotrem. Przebierać się i dalej strajkować!” Potem odprawiałem mszę św.
Dziś, kiedy spotykam się z tymi ludźmi, mówią, że było to dla nich bardzo ważne. Pamiętają, że miałem odwagę na nich krzyknąć i uświadomić, że muszą wziąć sprawy w swoje ręce, bo dokąd będą trzymać się razem, nikt ich nie ruszy. Dlatego wytrwali do końca. Takie momenty są bardzo istotne, choć czasem się o nich zapomina. Zapominamy również o tym, że postawa tych ludzi wymagała niezwykłej odwagi. Narażali się podczas strajków, a potem przyszedł czas, kiedy musieli za to zapłacić. Niektórzy z nich płacą do dziś. Wielu z nich już odeszło i nie ofiarowuje się za nich nawet jednej mszy. Ci ludzie przecież pozostawili po sobie ślad. Pozostawili historię życia w obronie wartości. Dzięki nim możemy się dzisiaj cieszyć prawdziwą wolnością. To również ogromna zasługa naszego papieża. Kiedy podczas jego pierwszej pielgrzymki w 1979 roku górnicy ofiarowali mu obraz Matki Boskiej Piekarskiej, jeden z nich powiedział: - Ojcze święty, z tymi czerwonymi se nie poradzimy. - Przyjacielu, dziś może nie, ale przyjdzie czas. Trzeba mieć cierpliwość.- odpowiedział mu Ojciec Święty. Matka Kościoła łączyła zabłąkanych ludzi, którzy musieli opuścić swoje społeczeństwo i przyszli tu szukać nowego życia. Okazało się, że nie było to życie, na jakie liczyli. Ich wiara, wytrwałość i ufność pozwoliła im wywalczyć to, czego pragnęli. Rok 1980 okazał się dopiero początkiem zmagań. Nikt się nie oszczędzał, praca tych ludzi była szalona i często okupiona ogromnym ryzykiem. Wciąż wydawana była nowa prasa. Drukowano dniami i nocami. Byłem już wtedy proboszczem w Radlinie. Ukrywałem na probostwie cztery osoby. Irytuje mnie dzisiaj postawa niektórych z nich, najbardziej Zbigniewa Bujaka, który przebywał u mnie cztery miesiące. Musiałem z tego powodu zmienić wikarego, który był zbyt ciekawy i zadawał wiele pytań. W trakcie rewizji musiałem zachować zimną krew. Ukrywałem nie tylko ludzi, ale również ważne dokumenty. Przechowywałem je w piwnicy, w kominie do wędzenia mięsa. Nie mogli ich znaleźć, choć bardzo się starali. Kiedy nikt się potem o to nie upominał, spaliłem je.
W nocy z 12 na 13 grudnia prowadziłem w parafii nocne czuwanie. Trwało ono do godziny 5.15. W trakcie czuwania przyszło do mnie dwóch młodzieńców, którzy próbowali mnie nakłonić do wyjścia z kościoła. Podpalili stemple w oknach i powiedzieli, że „fara” się pali. Nie wyszedłem jednak z kościoła, powiedziałem, że wiedzą, co trzeba robić. Po pięciu latach jeden z nich przyznał się, że przyszli wtedy po mnie, byłem na liście do internowania, ale nie udało im się wyciągnąć mnie z kościoła. Nie chcieli używać siły na oczach ludzi. Po powrocie z kościoła usiadłem w fotelu, żeby trochę odpocząć, bo o 7.00 miałem już odprawiać mszę. Pani, która przygotowywała śniadanie, o godzinie 6.00 włączyła radio. Nie zrozumiała dokładnie treści przemówienia i zaczęła krzyczeć: „Wojna!”. W tym momencie uświadomiłem sobie, że nie mieli innego wyjścia, tylko ogłosić stan wojenny i wprowadzić przepisy, które będą egzekwować bronią i pałką. Natychmiast zmieniłem treść swojego niedzielnego kazania. Powiedziałem, że decyzję władz uważam za zdradę ojczyzny, tym okrutniejszą, że dokonał jej polski generał. W stanie wojennym, w kwietniu, w Wielki Piątek, odbył się pierwszy kongres „Solidarności” w domu moich znajomych. Obrady trwały od godziny 16.00 do godziny 5.00 rano następnego dnia. Do dziś nikt nie podziękował rodzinie, u której zorganizowano ten kongres. Zapomniano o nich, choć udostępniając swój dom, ogromnie ryzykowali. Właściciel domu zajmował stanowisko kierownika Wydziału Architektury w Urzędzie Wojewódzkim, mógł je utracić. Ich dwoje dzieci studiowało, a najmłodsza córka kończyła liceum. Mogli również zostać usunięci ze szkół. To byli ludzie, bez pomocy których działalność „Solidarności” byłaby wtedy niemożliwa. wiele młodych osób nie zdaje sobie dziś sprawy a tego, że taka postawa wymagała wielkiej odwagi i poświęcenia. Mówię im wtedy: „Weź udział w strajku na kopalni, pod której bramą stoją czołgi. Jedź samochodem, myśląc o tym, że musisz zdążyć, bo zbliża się godzina milicyjna.” Trudno to sobie dziś wyobrazić. Wiele osób zarzuca dziś Kościołowi zaangażowanie w życie polityczne. Zastanawiam się wtedy, co ci ludzie robili podczas stanu wojennego, kiedy to Kościół musiał stawać w obronie pokrzywdzonych. Uważam, że dziś Kościół ma prawo prostować drogę, na którą wkroczyło polskie społeczeństwo.

Źródło: "NASZA SOLIDARNOŚĆ JASTRZĘBIE, STAN WOJENNY" - Solidarność Jastrzębie Zdrój 2006


 




Ks. Antoni Stych
powrót »