Relacje


powrót »

W niedzielę 13 grudnia 1981 roku, gdy tylko dowiedziałem się o wprowadzeniu Stanu wojennego, pojechałem na KWK „Manifest Lipcowy”. Zastałem tam około 150 osób. Wieczorem było już kilkuset górników. Następnego dnia dołączyli pracownicy pierwszej i drugiej zmiany. Przez radiowęzeł stale powtarzano przemówienie gen. W. Jaruzelskiego i odczytywano dekret o stanie wojennym Nie przystępowaliśmy pracy, zastanawialiśmy się, co w tej sytuacji możemy zrobić. Podjęliśmy decyzję o przyznaniu pomocy finansowej rodzinom osób internowanych.
W poniedziałek między godz. 9.00 a 11.00 na cechownię przyszedł Komisarz Wojskowy, prokurator i dyrektor. Załoga wytypowała przedstawicieli do rozmów, wśród nich znalazłem się ja, Waldemar Maciaszek, Zenon Zandler, Jan Bożek. Rozmowy toczyły się w sali nad sztygarownią. Przedstawiliśmy swoje postulaty. Pierwszy z nich dotyczył zawieszenia Stanu wojennego, drugi umożliwienia działalności socjalnej Związkom Zawodowym oraz powrotu przewodniczącego Zarządu Regionu, Leszka Waliszewskiego, gdyż dotarły do nas informacje, że podczas powrotu z Komisji Krajowej został zatrzymany i internowany. Wyraziliśmy niezadowolenie i zdecydowany sprzeciw wobec sytuacji w Polsce. Komisarz próbował odeprzeć nasze ataki, tłumacząc, że wojsko nie ma wpływu na działania Służby Bezpieczeństwa i milicji. Prokurator przedstawił nam wykładnię prawną, a dyrektor wydał polecenie zakończenia strajku. Na tym przerwaliśmy rozmowy. Zgromadzeni na cechowni odśpiewali hymn. Wyjaśniliśmy im, że sytuacja jest poważna, dlatego kto chce, może wrócić do domu, bo konsekwencje za udział w strajku będą dotkliwe i mogą nam grozić surowe kary. Większość jednak zdecydowała się zostać i kontynuować strajk. W nocy zostaliśmy zamknięci w jednym pomieszczeniu, do którego drzwi zastawiono ławą, krążyły bowiem informacje, że może zabrać nas SB. We wtorek rano pojawiły się komunikaty o wydarzeniach na KWK ,,Jastrzębie”. Wysłaliśmy Mirka Błaszka, by sprawdził, czy pogłoski te są prawdziwe. Wrócił przed godziną 11.00 z wiadomością, że słyszał strzały, widział jak bito pałami i rozpylano gaz. Informacje te potwierdziła moja żona, która pracowała wówczas szpitalu górniczym. W rozmowie telefonicznej dodała, że zwalniają wszystkich pacjentów, których stan zdrowia pozwala na powrót do domu, bo zaczynają przywozić pierwszych poszkodowanych górników. Uznaliśmy, że musimy powiedzieć o tym naszej załodze, aby nie byli zaskoczeni, kiedy zacznie się interwencja na naszej kopalni. Cechownia była zatłoczona. Gdyby wkroczyły oddziały, nie mielibyśmy możliwości odwrotu, gdyż prowadzą na nią dwa wąskie wejścia, dlatego zaapelowaliśmy do ludzi, aby wyszli na plac przed budynkiem dyrekcji. Wkrótce zobaczyliśmy zbliżające sięw naszym kierunku wojsko. Pojawiły się komunikaty, abyśmy opuścili teren kopalni. Niewielu jednak na nie zareagowało. Dali nam około 15 minut na podjęcie decyzji i wycofanie się. Potem czołg zaczął taranować zabarykadowaną przez nas bramę. Przez cały czas mieliśmy na uwadze to, aby nie dawać pretekstu do użycia siły. Kiedy czołg pokonał przeszkodę, wkroczyło za nim ZOMO. Wyglądało na to, ze są pełni obaw i nie wiedzą, czego mogą się po nas spodziewać. Wśród ich dowództwa panował totalny rozgardiasz. Zaczęli rzucać w nas puszkami z gazem, które my natychmiast odrzucaliśmy w ich kierunku. Jeden z kolegów został jednak poszkodowany, bo puszka z gazem wybuchła na wysokości jego twarzy. Wkrótce rozległy się strzały. Pierwsza seria trafiła w budynek cechowni. Po chwili zobaczyłem leżącego mężczyznę, był to Czesław Kłosek. Podbiegłem do niego i chciałem zaprowadzić go do punktu opatrunkowego, ale był tak bezwładny, że sam nie potrafiłem dać sobie rady. Krzyknąłem, aby ktoś mi pomógł. W punkcie opatrunkowym pielęgniarki poprosiły, aby zamknąć okna, gdyż dostaje się przez nie gaz. Zanim spełniłem ich prośbę wniesiono następnych rannych. Przynieśli postrzelonego w brzuch Tomaszewskiego i położono go na podłodze, ponieważ nie było już wolnych łóżek. Znajdował się tam już postrzelony w kolano Kraszewski i trafiony w obojczyk Gąsiorowski. Podszedłem jeszcze do Czesława, aby mu pomóc, ponieważ się dusił. Podał mi numer telefonu do swojej żony. W pewnej chwili spojrzałem na budynek dyrekcji i zauważyłem kamery. Cały czas byliśmy obserwowani. Wracając do domu spotkałem koleżankę z pracy, która powiedziała mi, że jacyś mężczyźni przeglądali w kadrach moje dokumenty i szukali adresu. Wiedziałem, że nie chodziło im o adres, bo na pewno go znali, chcieli tylko zasiać wśród ludzi panikę. 10 dni ukrywałem się w szpitalu górniczym, do domu wróciłem na Boże Narodzenie.
Przyszli po mnie w nocy z 8 na 9 stycznia. Poinformowali żonę, że zabierają mnie na 24 godziny. Najpierw pojechali ze mną na Komendę Milicji przy ulicy Śląskiej, gdzie wkrótce doprowadzili Waldemara Maciaszka i Zenona Zandlera. Następnego dnia przewieziono nas na Komendę Wojewódzką w Katowicach. Po 40 dniach przeniesiono mnie do obozu internowania w Zabrzu - Zaborzu. W celi było nas osiemnastu, spaliśmy na piętrowych łóżkach.
Wiosną część z nas wywieziono do Kokotka. Nie wiedzieliśmy jednak gdzie nas przenoszą, żartowaliśmy nawet, ze wiozą nas na Sybir. Początkowo nie mogliśmy opuszczać ośrodka, wkrótce zaproponowano nam godzinne spacery, które z czasem, po długich pertraktacjach, przedłużono do czterech godzin. Ku naszemu zaskoczeniu odwiedziła nas Maja Komorowska, która przywiozła dary od mieszkańców Warszawy. Była to głównie kawa i papierosy. Przyjechał również biskup Herbert Bednorz. Dni stawały się coraz dłuższe, dlatego próbowaliśmy tak zagospodarować czas, by nie mieć go wiele na rozmyślania. W trakcie mistrzostw świata w hokeju pozwolono nam przez dwie godziny oglądać telewizję. Najlepszym sposobem zagospodarowania wolnego czasu okazały się zajęcia sportowe. Wracając ze spacerów organizowaliśmy „bieg pod górkę”. Któregoś dnia do pokoju wszedł klawisz i wyczytywał nazwiska osób do transportu. Wśród nich byłem ja. Uznano, że nie jesteśmy jeszcze zresocjalizowani i zawieziono nas ponownie do Zabrza – Zaborza. Tam na początku lipca podjęliśmy głodówkę, by w ten sposób wywalczyć dłuższy spacer. Okazało się, że była to skuteczna forma protestu. W trakcie czterogodzinnego spaceru organizowaliśmy zajęcia sportowe. Trwał wtedy Mundial w Hiszpanii. Utworzyliśmy również 12 zespołów, każdy z nich otrzymał nazwę państwa uczestniczącego Mistrzostwach Świata. Najzabawniej było wtedy, gdy doszło do meczu Polska - Związek Radziecki. Dostaliśmy sygnał, że klawisze będą nagrywać to spotkanie. Ustaliliśmy, że cały obóz będzie dopingował drużynę Związku Radzieckiego. Nie mogliśmy przekonać do tego pomysłu tylko jednego kolegi. W trakcie meczu wyszedł on z pawilonu ubrany w jakąś białą płachtę. Zbliżał się do klawiszy, którzy odsuwali się od niego. Na płachcie tej napisał: „NIE LUBIĘ RUSKICH PIEROGÓW”. Ostatni wyraz napisany był żółtym mazakiem i z daleka był zupełnie niewidoczny.
Na początku lipca znów zaczęto mnie przesłuchiwać. 24 lipca 1982 r. zwolniono mnie z aresztu. Wracając do domu kupiliśmy kwiaty i poszliśmy na kopalnię „Wujek”. 2 lata temu na terenie ośrodków internowania zamontowaliśmy pamiątkowe tablice od represjonowanych w stanie wojennym.
 

Źródło: "NASZA SOLIDARNOŚĆ JASTRZĘBIE, STAN WOJENNY" - Solidarność Jastrzębie Zdrój 2006




Leopold Sobczyński
powrót »