Relacje


powrót »

Najmilsze wspomnienie tamtych dni dotyczy istniejących wówczas relacji międzyludzkich. Nie istniały żadne podziały polityczne, uprzedzenia, liczyła się braterska pomoc i współpraca. To był moment, kiedy jako naród potrafiliśmy się zjednoczyć i walczyć o wspólne dobro, co dzisiaj wydaje się niemożliwe. Rozumieliśmy się bez słów. Mieliśmy jeden wspólny cel.
Byłem, i nadal jestem, czynnym sportowcem. Wielokrotnie miałem okazję doświadczyć, jak funkcjonował stary system. Kiedy proponowano mi udział w jakichkolwiek imprezach sportowych poza granicami naszego kraju, najpierw podsuwano do podpisania kartę, w której zobowiązywałem się podporządkować stawianym mi warunkom. Traktowali mnie jak maszynę, z którą mogli zrobić, co tylko chcieli. To też było zasadniczym powodem mojego przełomu, chciałem poczuć trochę wolności. Do pracy na kopalni „Zofiówka” zostałem przyjęty 30 marca 1980 roku. Miałem już okazję być świadkiem Porozumienia Jastrzębskiego, które wyzwoliło w robotnikach wolę bycia sobą. Do tej pory respektowali tylko wskazania i na nic nie mogli mieć wpływu. Nawet wybory były ustawiane, z góry było wiadomo, kto je zwycięży. Dzisiejszej młodzieży pewnie nie mieści się to w głowie, bo mają możliwość decydować, kogo wybiorą. Wcześniej wszystko ustalane było odgórnie i nie było szans, aby to zmienić.
Po podpisaniu porozumienia poczuliśmy lekki powiew wolności, mieliśmy nadzieję, że będziemy mogli w końcu robić i mówić to, co będziemy uważali za słuszne. Wprowadzenie stanu wojennego zatrzymało proces tworzenia się obywatelskiego społeczeństwa, rozpoczęty w sierpniu 1980 roku. W grudniu 1981 roku, gościłem u siebie rodzinę. W niedzielę o godzinie 12.00 z telewizyjnego przemówienia Wojciecha Jaruzelskiego dowiedzieliśmy się, że wprowadzony został stan wojenny. Byliśmy tym ogromnie zaskoczeni. Nikt nie przypuszczał, że może wydarzyć się coś takiego. Nawet ludzie blisko związani z „Solidarnością” nie brali pod uwagę takiego rozwoju sytuacji. Wybrano przy tym właściwy moment - dziesięć dni przed Bożym Narodzeniem. Wszyscy przygotowywali się do świąt, czujność ludzi była nieco uśpiona. Pierwsze towarzyszące mi uczucie to strach i obawa. Zastanawialiśmy się, jak moja rodzina wyjedzie z Jastrzębia. Biegaliśmy po całym mieście szukając różnych środków lokomocji, którymi mogliby dotrzeć do domu. W poniedziałek miałem nocną zmianę, ale już rano udałem się na teren kopalni, aby zorientować się w sytuacji. Ogłoszono strajk. O godzinie 21.00 ponownie znalazłem się na terenie zakładu. Nikt jednak nie zjeżdżał na dół, powoływano służby do dozoru celem kontroli i utrzymania ruchu ciągłego. Zostałem razem ze wszystkimi robotnikami do rana. Wszyscy byli bardzo zdyscyplinowani. Nikt się nie sprzeciwiał, nie zastanawiał, kto nami dowodzi i jakie ma przekonania polityczne. W sytuacjach kryzysowych potrafimy się zmobilizować, jak chyba żaden inny naród na świecie i dzięki temu jesteśmy w stanie wiele osiągnąć.
Wtorek był dniem wypłaty, więc wszyscy poszliśmy na cechownię, aby odebrać swoje pobory. Dowiedzieliśmy się, że na terenie naszego miasta już są czołgi i wojsko. Wiadomość rozeszła się błyskawiczne pocztą pantoflową i wprowadziła wśród załogi pewne zamieszanie. W pewnej chwili dotarła do nas informacja, że trwa interwencja wojska, milicji i ZOMO na kopalni „Moszczenica”. Przekazał nam ją kurier, który zasugerował, abyśmy się zastanowili, co będziemy robić, kiedy te oddziały dotrą do nas. Po chwili dyrektor kopalni, Karol Grzywa, poinformował przez radiowęzeł, że nastąpiła interwencja, na KWK „Moszczenica” i poprosił, żebyśmy spokojnie opuścili teren naszej kopalni. Zapewniał, że nic się nikomu nie stanie, dniówka będzie zapłacona. Postanowienia zarządu strajku były jednak inne. Zapadła bowiem decyzja, że będziemy bronić kopalni. Zawrzało, rozpoczęło się gorączkowe przygotowanie. Zaczęliśmy od blokady bramy głównej. Pomysłów, jak ją wykonać było bardzo dużo. Najpierw ktoś zaproponował, żeby przewrócić na bok przyczepę od traktora. Pomysł szybko został zrealizowany. Potem poustawialiśmy lutnie, potężne rury o przekroju około półtora metra i dwóch metrach wysokości. Barykada była naprawdę okazała i musiała robić wrażenie na zomowcach. Wtedy też nadeszła wiadomość, że na kopalni „Moszczenica” milicja i ZOMO prowadzą brutalną akcję. Nie mają przy tym żadnych skrupułów i żadnego szacunku do ludzi. Robotnicy w popłochu wyskakują z łaźni z wysokości pierwszego i drugiego piętra. Wielu poszkodowanych trafiło do szpitala. Po chwili pod naszą kopalnię przyjechała karetka pogotowia i lekarze potwierdzili te informacje. Dawali nam też do zrozumienia, że ci ludzie nie panują nad sobą, że są chyba pod wpływem silnie działających środków odurzających, bo nie jest możliwe, aby człowiek świadomie tak się zachowywał. Nie zniechęciło nas to i nie odwiodło od stawiania oporu. Strajkujący pozostali na swoich miejscach, nikt nie opuszczał kopalni, mimo że dyrektor kilkakrotnie namawiał nas do tego. Być może znalazły się jakieś osoby, które przestraszyły się i zrezygnowały, ale ja tego nie widziałem. Na pewno byliśmy w lepszej sytuacji, aniżeli górnicy z „Moszczenicy” czy „Jastrzębia”, którzy nie byli przygotowani na tak brutalna interwencję. Około godziny 9.00 zobaczyliśmy pierwszy czołg, który zmierzał w naszym kierunku. Był to widok, który budził strach, ale ludzie byli tak zdeterminowani, że nikt nie próbował się wycofać. Funkcjonariusze ustawili się za czołgiem i odbyli krótką odprawę. W kierunku kopalni szedł jeszcze głównodowodzący akcją, nie pamiętam jego nazwiska, ale było ono znane ludziom, bo je wykrzykiwali. Potwierdzały to również relacje sądowe. Wtedy ktoś rzucił hasło, aby odśpiewać hymn narodowy. Pamiętam, że pozwolono nam go wykonać do końca. Trudno określić, o której dokładnie godzinie rozpoczął się atak. Od momentu pojawienia się czołgu i oddziałów ZOMO minęło może pół godziny, ale nie mówię tego z całą pewnością. Nikt wtedy nie spoglądał na zegarek. Czas upływał nam wtedy zupełnie inaczej. Najpierw zaczęto wystrzeliwać z placu autobusowego świece dymne. Przelatywały one poprzez znajdujące się tam zabudowania i trafiały w środek tłumu. Ludzie błyskawicznie odrzucali je z powrotem. Niektórzy jednak zostali poszkodowani. Spotkałem później w szpitalu mężczyznę, który miał poparzony policzek. Grupa zomowców była zaskoczona tą reakcją. W kierunku bramy głównej skierowano czołg. Nadjeżdżał z ogromnym impetem, wydawało się, że błyskawicznie przedrze się przez barykadę. Okazało się jednak, że miał z tym pewne problemy. Trzykrotnie podjeżdżał i próbował ją staranować. Było to trochę dziwne, bo barykada, choć okazała, nie powinna stanowić dla czołgu żadnej przeszkody.
Zastanawialiśmy się później analizując tę sytuację, czy czołgiem kierował ktoś, kto nie miał o tym pojęcia, czy może czołgista przestraszył się reakcji górników i tak naprawdę nie zamierzał znaleźć się na terenie kopalni. Kiedy jednak pokonał przeszkodę, natychmiast oblegli go ludzie i każdy próbował go „unieszkodliwić”, jak tylko potrafił. Wyglądało to zabawnie. Ktoś próbował do lufy wlać wodę, potem pianą z gaśnicy pryskano po wizjerach, aby ograniczyć widoczność czołgisty. Podczas akcji rodziły się rozmaite pomysły, które dzisiaj mogą wydawać się absurdalne i śmieszne.
Rozpoczął się skomasowany atak zomowców. Podczas rozpraw wielokrotnie zadawano mi pytanie, czy widziałem kogoś z bronią? Jestem pewien, że tak. Nie potrafię dokładnie odtworzyć sytuacji, w której spostrzegłem człowieka z bronią, ale wiem, że widziałem go na pewno, był w bliskim kontakcie z górnikami. Nadeszli od strony dyrekcji i ustawili się za płotem. Być może wtedy go widziałem. Siły były niewspółmierne. Zomowcy byli zasłonięci ogromnymi tarczami, na głowach mieli hełmy i uzbrojeni byli w ogromne pały, robiło to wrażenie. Chyba wtedy padły pierwsze strzały. Ktoś z tłumu uspokajał, żeby się nie bać, bo to są „ślepaki”, górnicy nie przerazili się i parli do przodu. Potem nad naszymi głowami poleciała seria, kule trafiły w budynek cechowni. W pewnym momencie spostrzegłem przesuwającego się w kierunku portierni mężczyznę. Spotykałem go wcześniej na kopalni, potem dowiedziałem się, że ma na nazwisko Tomaszewski. W ręku trzymał kilof z urąbanym szpicem. Widziałem jego ogromną determinację. Nie zdążył nikomu zadać ciosu, bo nagle wygiął się i upadł, jakby rażony prądem Przekonałem się, co z człowiekiem może zrobić kula. To był pierwszy tak tragiczny widok. Zdałem sobie sprawę z powagi sytuacji. Od tego momentu wszystkie wydarzenia miały dla mnie tak błyskawiczny przebieg, że nie jestem w stanie ich dzisiaj dokładnie odtworzyć. Kiedy padła ta seria, zatrzymaliśmy się Nikt jednak nie zamierzał się wycofać i poddać. Zomowcy chyba też poczuli strach. Nie przypuszczali, że spotkają się z takim oporem. Tak, jak na nas zrobiły wrażenie ich pały, na nich musiały zrobić wrażenie lecące w ich kierunku nakrętki, śruby i kamienie. Niemal każdy górnik w pierwszym szeregu miał w ręku coś, co miało służyć do obrony i do ataku. Chwytano wszystko, co było pod ręką. Interwencja na KWK „Moszczenica” i „Jastrzębie” miała zupełnie inny przebieg, bo tam strajkujące załogi były kompletnie zaskoczone. Z nami nie poszło im tak sprawnie. Po chwili w odległości 5 czy 6 metrów przede mną zobaczyłem leżącego człowieka. Pobiegłem do niego, nie zastanawiając się nawet, że sam narażam się na niebezpieczeństwo. Leżał twarzą do ziemi, odwróciłem go na plecy. Zobaczyłem zakrwawiona klatkę piersiową. Zapytałem, co się stało, nie odpowiedział jednak. Rozejrzałem się, byłem sam. Przyszło mi na myśl, aby go wziąć na plecy i ciągnąć w kierunku tłumu. Kiedy jednak próbowałem go podnieść, podbiegła grupa osób i zanieśliśmy go do punktu opatrunkowego, gdzie udzielano już pomocy dwóm innym rannym. Czesław, którego przynieśliśmy, był trzeci. Pielęgniarka powiedziała, aby osoby, które nie potrzebują Pomocy opuściły punkt medyczny. Znała relacje z przebiegu interwencji na innych kopalniach. Obawiała się, że funkcjonariusze mogą wejść i w to miejsce i nie będą liczyli się z nikim. Przy transporcie rannego zgubiłem saszetkę z dokumentami i wypłatą, ale nie było możliwości, aby po to wrócić. Wyszliśmy przez łaźnię na tył cechowni, przed sobą widziałem tłum ludzi. W pewnym momencie, poczułem ogromna temperaturę, osłabienie i upadłem. Dostałem od zomowca w tył głowy. Końcówka pały uderzyła 2 cm od drugiego kręgu. Gdyby trafiła niżej pewnie nie byłoby mnie dziś wśród żywych. Obudziłem się w szpitalu po dwóch dniach. Powiedziano mi, że uderzenie musiało być bardzo bolesne. Nie potrafię tego uzasadnić, bo jest to wbrew logice medycznej, ale nie poczułem bólu. Lekarze byli tym zaskoczeni, ja chyba mniej, bo zdarzyło mi się to nie po raz pierwszy. Kiedyś, podczas wyścigu kolarskiego, wyleciałem z toru. Miałem rękę okręconą w ramieniu o 180 stopni. Podniosłem się po upadku i sam ją sobie nastawiłem. Lekarze też się dziwili, że mnie nie bolało. Nic się nie dzieje wbrew logice, a jednak tak było. Kiedy odzyskałem przytomność próbowałem wstać, aby wyjść do łazienki. Przewróciłem się najpierw raz, potem drugi. Pomogli mi się podnieść. Zapytałem lekarza, co mi jest? Powiedział, że mam o nic nie pytać, wtedy jeszcze sami nie wiedzieli. Krwiak, który powstał po uderzeniu pałą, był tak duży, że nie mogli mnie dokładnie zdiagnozować. Na szczęście podstawa czaszki nie została naruszona. Miałem naruszony błędnik, stąd utrata równowagi. O tym ,co wydarzyło się później dowiedziałem się z relacji koleżeńskich. Znajoma pielęgniarka, chciała poinformować moją żonę, o tym co się ze mną stało i gdzie przebywam, ale do czwartku nie wypuszczano personelu ze szpitala. Lekarz, który robił nam zdjęcia rentgenowskie, mówił, że spodziewali się większej ilości rannych, dla których już wcześniej przygotowali miejsca. Przewidywano więc, że będą poszkodowani. Kierownictwo partyjne od samego początku dopuszczało rozwiązania siłowe. Argumenty przestały się liczyć. Zamiast nich przemówiły karabiny i czołgi.
 

Źródło: "NASZA SOLIDARNOŚĆ JASTRZĘBIE, STAN WOJENNY" - Solidarność Jastrzębie Zdrój 2006
 




Stanisław Haśkiewicz
powrót »