Relacje


powrót »

Byłem przewodniczącym Zakładowej Komisji NSZZ „Solidarność” przy KWK „Manifest Lipcowy”. Mniej więcej od połowy października wszyscy spodziewaliśmy się, że przed świętami Bożego Narodzenia komunistyczne władze mogą nas czymś zaskoczyć. Podejrzewaliśmy, że może to być stan wyjątkowy. Nie myśleliśmy, że będzie to stan wojenny. W połowie października dostałem list od znajomego ministra transportu z Kanady, w którym pisał, aby „Solidarność” powstrzymała swoje radykalne żądania, gdyż w przeciwnym wypadku do końca roku utraci wszystko to, co zdobyła. Był to dla mnie sygnał, że czas „Solidarności” się kończy.
Tymczasem generał Wojciech Jaruzelski dążył do konfrontacji. W rządzie trwała wymiana ministrów. Stanowiska te coraz częściej powierzano generałom. Ministra górnictwa zastąpił generał Piotrowski. Zmieniało się nastawienie władzy do nowopowstałych NSZZ „Solidarność”. Świadczy o tym fakt, że gdy generał Jaruzelski został premierem, skończyło się „straszenie” dyrektorów zwolnieniami za strajki. Wiem o tym z relacji dyrektora KWK „Manifest Lipcowy”, inżyniera Karola Grzywy. Po jednej z narad u nowego ministra górnictwa dyrektor Karol Grzywa powiedział do mnie: „Jasiu, możesz sobie z załogą strajkować ile zechcesz. Teraz za strajk na kopalni dyrektor może dostać awans i nagrodę.” Przyznam, że było to dla mnie przerażające.
Wzmogła się wroga działalność Służby Bezpieczeństwa wobec „Solidarności” i poszczególnych członków Komisji Zakładowej. Pojawiały się plotki, które miały zdyskredytować ich w oczach społeczeństwa. Nie wiadomo kto wymyślał te informacje. Niemniej jednak wielu członków „Solidarności”, w tym także Komisji Rewizyjnych, przyjmowało je jako prawdziwe. Stąd obarczano Komisje Zakładowe wieloma nieprawdziwymi i nieistotnymi zarzutami. Powodowało to niemiłą atmosferę i dawało odczuć, że nasze przewidywania dotyczące wprowadzenia stanu wyjątkowego są słuszne. Niepokojące sygnały nadchodziły też z Komisji Krajowej. Otrzymaliśmy poufną wiadomość o konieczności tworzenia tzw. „gabinetów cieni”, które przejmą obowiązki w chwili naszego aresztowania. W ówczesnym czasie Zakładowa Komisja NSZZ „Solidarność” przy KWK „Manifest Lipcowy” działała w składzie: przewodniczący Jan Bożek, wiceprzewodniczący Leszek Błaut, członkowie - Jerzy Mnich, Jan Zając oraz Waldemar Maciaszek. „Gabinet cieni” powołaliśmy pod przewodnictwem Alojzego Pietrzyka. Domyślam się, że w tym gronie znaleźli się także Leon Głuszak, Topij, Molski, Piotr Błaut.
12 grudnia 1981 r. byłem z rodziną na uroczystości u sąsiadów H. i K. Pawłowskich. Wróciliśmy do domu około 23.00. W telewizji nie było już żadnego programu, choć zwykle w sobotę kończył się około 2.00 w nocy. Byłem już w przebraniu nocnym, gdy usłyszałem pukanie do drzwi. Ktoś za drzwiami informował, że ma dla mnie telegram. Otworzyłem. Ujrzałem trzech potężnie zbudowanych mężczyzn. Kazali mi z nimi iść. Byłem zaskoczony. Zadawałem im pytania: „Teraz, o tej porze? Gdzie mam iść? Kim wy jesteście?” Na to jeden z nich wydał rozkaz: „Brać go!”. Rzucili się na mnie. Zaczęła się szarpanina. Dzieci i żona krzyczały. Próbowałem stawiać opór, ale oni ciągnęli mnie na dół, po schodach. Ściągnęli mnie z piątego piętra na czwarte. Trwało to na tyle długo, że na klatkę zaczęli wychodzić sąsiedzi. Nastąpiła szamotanina i udało mi się im wyrwać. Sąsiedzi zablokowali wyjście i napastnicy zrezygnowali. Przepchnęli się przez tłum ludzi i wyszli z klatki. Wróciłem do mieszkania i wykonałem dwa telefony na milicję. Powitano mnie wulgarnym słowem, myślałem więc, że to pomyłka. Zadzwoniłem ponownie, informując, że ktoś na mnie napadł. Funkcjonariusz powiedział, że nie było żadnego napadu, stało się to, na co sobie zasłużyłem. Wtedy zacząłem się domyślać, że został wprowadzony stan wyjątkowy. Tej nocy nie dodzwoniłem się do dyrektora kopalni. Udało mi się natomiast nawiązać połączenie telefoniczne z Naczelnym Inżynierem Kopalni, Świderskim. Nie wiedział wtedy nic
o wprowadzeniu stanu wyjątkowego, chociaż był w egzekutywie miejskiej PZPR oraz pełnił funkcję zastępcy komendanta powiatowego ORMO. Stwierdził jednak, że spróbuje dowiedzieć się, co się dzieje i poinformuje mnie o tym. Oddzwonił po około 30 minutach. W jego głosie słychać było przerażenie. Nadal nic nie wiedział, a potraktowano go tak jak mnie, wulgarnie. Dodał, że przyśle po mnie awaryjny samochód, abym się dostał na kopalnię. Pojechałem nim jeszcze po pozostałych członków Komisji Zakładowej: Waldemara Maciaszka, Jerzego Mnicha. Eugeniusza Zandlera nie było w domu, a Leszek Błaut był na posiedzeniu Krajowej Komisji „Solidarności” w Gdańsku.
Dotarliśmy na kopalnię około 3.00 w nocy. Doszedł do nas jeszcze jeden członek Zakładowej Komisji NSZZ „Solidarność” przy KWK „Manifest Lipcowy”, Zając, który mieszkał blisko kopalni. Zastanawialiśmy się, czy zorganizowanie masówki po wyjeździe niewielkiej liczby osób z trzeciej zmiany będzie miało sens, czy może rozsądniej będzie czekać do poniedziałku. Pojawiały się także wątpliwości, czy dotrwamy do poniedziałku. Postanowiliśmy jednak zaryzykować i czekać. Wszystkich ludzi informowaliśmy o tym, co się wydarzyło. Zajęliśmy na swoje potrzeby salkę odpraw ruchu III. Około godziny 5.00 przybył na kopalnię naczelny inżynier Świderski. Nadal twierdził, że nic nie wie. Wydaje mi się jednak, że miał już pewne informacje, ponieważ zmieniło się jego zachowanie. Stał się bardziej oschły i zdecydowany. Poinformowaliśmy go, że zostaniemy na kopalni aż do wyjaśnienia sprawy. Około godziny 6.20 zadzwonił Świderski. Usłyszał w radiu przemówienie generała Jaruzelskiego informujące o wprowadzeniu stanu wojennego, zawieszeniu działalności wszystkich związków i organizacji, zmilitaryzowaniu kopalń i innych zakładów pracy. Byliśmy w szoku. Stan wyjątkowy, to rozumieliśmy, ale stan wojenny był dla nas zaskoczeniem. Pojawiały się pytania: „Wojna? Kogo z kim? Jak będzie wyglądać praca? Czy zamiast dozoru będą oficerowie? Jak na te zmiany zareaguje załoga?” Ponieważ nie dysponowaliśmy radiem przeszliśmy do dyrekcji, w celu wysłuchania następnego komunikatu o godzinie 7.00. W telewizji pojawił się generał Jaruzelski. Informował o tym, że w nocy z 12 na 13 grudnia zawiązała się Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego, na której czele on stanął i wprowadzono stan wojenny. Nadal nie wiedzieliśmy, czym różni się stan wojenny od stanu wyjątkowego. W dyskusji, po przemówieniu generała Jaruzelskiego, próbowaliśmy przewidywać, jak będzie wyglądała praca na kopalni.
W godzinach rannych dotarł Eugeniusz Zandler. Przybył także dyrektor Karol Grzywa. Dochodziły informacje o tym, że w mieście jeżdżą wozy opancerzone, mówiono o aresztowaniach, pobiciach, o ludziach zabieranych w samej bieliźnie. Na kopalni jeszcze panował spokój. Ludzie pracowali jak zwykle. Wszystko było pozornie normalne, ale napięcie jednak narastało. Byłem pewien, że te wszystkie przygotowania nie są po to, aby się w końcu wycofać. Chyba, że wojsko się zbuntuje. Myślałem jednak, że na pewno generał Jaruzelski na ten przypadek zapewnił sobie pomoc Sowietów. Około godziny 15.00, powrócił ze zjazdu Krajowej Komisji „Solidarności” w Gdańsku, Leszek Błaut. W drodze powrotnej dowiedział się o stanie wojennym. Około 5.00 rano milicja zrobiła na nich obławę na dworcu w Katowicach. Udało im się jednak wymknąć. Zdaniem Leszka, Lech Wałęsa musiał już mieć pewne informacje o stanie wojennym, gdyż, jak twierdził, na krajówce zachowywał się dziwnie.
Kolejna noc minęła spokojnie. Przygotowywaliśmy się do spotkania z załogą. Nawet wśród nas nie było jednomyślności. Uważałem, że należy załogę uspokajać. Mogą protestować, ale powinni podjąć pracę. Co do członków Zakładowej Komisji byłem za tym, abyśmy wszyscy wzięli urlop i ukrywali się prze kilka dni, aż minie „szaleństwo” i dopiero wówczas, jeżeli nic się nie zmieni, oddali się w ręce władzy. Jerzy Mnich sądził zaś, że należy strajkować, bez względu na to, jaki będzie koniec. Inni jeszcze nie mieli własnego zdania. W tej sytuacji postanowiliśmy poczekać na głos załogi. Około godziny 5.00 górnicy zebrali się na cechowni. Był także obecny dyrektor Karol Grzywa, który przemawiał do zebranych jako pierwszy, informując o wprowadzeniu stanu wojennego, zmilitaryzowaniu zakładu pracy i podporządkowaniu wszystkich wojsku. Wskazał także na zawieszenie działalności związków zawodowych i prosił zebranych o zachowanie spokoju i podjęcie pracy. Zebrani przyjęli przemówienie milczeniem.
Wyczuwałem, że czekają na moje zdanie, wobec czego zabrałem głos. Powiedziałem, że wszystko zależy od załogi. Jednocześnie przedstawiłem im sytuację tak, jak ją rozumiałem. Wskazywałem w swojej wypowiedzi, że raczej trudno będzie, abyśmy swoim protestem złamali władzę. Miałem wrażenie, że mnie rozumieją. Z tłumu padały okrzyki: „A co z Wami?!” Odpowiedziałem, że dzisiaj to trudne do przewidzenia, ale każdy z nas przecież wiedział, na co się decyduje walcząc z władzą komunistyczną od sierpnia 1980 r. i do czego ta władza jest zdolna. Powiedziałem, że z pewnością zostaniemy aresztowani i liczymy na wsparcie naszych rodzin. Dodałem, że załoga podejmując decyzję odnośnie dalszego postępowania, nie powinna brać pod uwagę tego, co się z nami stanie, gdyż nasze aresztowanie jest pewne. Wydawało mi się, że zrozumieli i podejmą pracę. Liczyłem też na to, że po mnie przemówi Leszek Błaut i poprze mnie. Jednak zamiast Leszka zabrał głos Jerzy Mnich. Wygłosił on tak wrogie dla władzy przemówienie, że gdy zarządził głosowanie, wynik z góry był przesądzony – mamy strajk. Wiedziałem w tym momencie, że postępujemy niewłaściwie i przewidywałem, że Źle się to skończy. Uważałem jednak, że jeśli opiekunka nie potrafi ustrzec dzieci przed tym, aby nie wpadały do wody i się utopiły, to powinna wskoczyć do wody i utonąć razem z nimi. Zebrałem wszystkich w salce odpraw dozoru i postanowiłem, że mimo głosowania załogi strajku nie ogłosimy, nie wywiesimy flag, nie postawimy naszych posterunków na bramie, nie zablokujemy szybów. Miał być to protest załogi przeciwko ogłoszeniu stanu wojennego. Nadal mieliśmy reprezentować załogę, ale nie jako Komitet Strajkowy lecz jako jej przedstawiciele. Jerzy Mnich sprzeciwiał się trochę, jednakże został przegłosowany. Okazało się później, że była to bardzo dobra decyzja, dzięki której uniknęliśmy wyroków. Około godziny 10.00 przyjechała delegacja. Nie przedstawili się. Poinformowali nas oficjalnie o stanie wojennym i konsekwencjach, jakie nam grożą, jeżeli załoga nie podejmie pracy. Przyjęliśmy tę wiadomość jednocześnie wskazując, że nie mamy wielkiego wpływu na działania załogi i żeby porozmawiali z nią sami. Nie chcieli jednak. Na tym rozmowy się zakończyły.
Około godziny 12.00 otrzymaliśmy oficjalne pismo z dyrekcji o zawieszeniu naszej działalności związkowej i konieczności zgłoszenia się do pracy na swoich oddziałach. Tylko chwilę się nad tym zastanawialiśmy. Pracy nie podjęliśmy rozumując, że jeśli wygramy, w co ja osobiście nie wierzyłem, to sprawę się pomyślnie załatwi, a jeżeli przegramy, to i tak nas zaaresztują. Około godziny 14.00 na kopalnię przyjechała kolejna delegacja reprezentująca WRON. Zaproszono nas na rozmowę do dyrekcji. Nie zgodziłem się. Poinformowałem, że nie ma Komitetu Strajkowego i jeżeli chcą rozmawiać, to z załogą na cechowni. Stanęło na tym, że rozmowy odbędą się w salce odpraw dozoru nad cechownią i będą nagłośnione. Delegacji przewodził pułkownik Posiewka. Rozmowy z nim były dość jednostronne. Pułkownik nie chciał dyskutować na żaden temat twierdząc, że nie ma do tego uprawnień. Mógł tylko rozmawiać o podjęciu pracy przez załogę i umożliwić wydobycie na kopalni, w przeciwnym razie miał rozkaz użycia siły wojskowej. Nie potrafił powiedzieć dlaczego podczas stanu wojennego działaczy „Solidarności” internuje SB i ORMO, a nie wojsko. Powtarzał tylko, że jest żołnierzem, którego powinnością jest wykonać każdy rozkaz, nie zastanawiając się nad jego słusznością, bo co by było, gdyby na polu walki każdy żołnierz zastanawiał się rozkazem. Odparłem na to, że jeżeli polską kopalnię i jej załogę traktuje jako wrogów i miejsce walki, to między nami nie dojdzie do porozumienia. Dodałem także często powtarzane zdanie, że w historii Polski byli żołnierze, którym postawiono pomniki za niewykonanie rozkazu. Byli też tacy, którzy wykonywali rozkazy i trafili pod sąd, jeśli nawet nie pod sąd wojenny czy wojskowy, to pod sąd historii. Pułkownik Posiewka nic nie odpowiedział. Rozmowy na tym się zakończyły.
15 grudnia 1981 r. od godziny 6.00 ludzie odbierali wypłaty. O godzinie 7.00 otrzymaliśmy wieści o koncentracji policji i ZOMO przed KWK „Jastrzębie”. Podejrzewaliśmy zatem, że pierwsze uderzenie skierowane zostanie na tę kopalnię. Stawiało nas to w dobrej sytuacji, gdyż dzięki temu uzyskamy pewne informacje i łatwiej będzie nam podejmować decyzje. Tak się też stało. O godzinie 8.00 usłyszeliśmy o przebiegu działań na KWK „Jastrzębie”. ZOMO rozpędziło strajkujących. Funkcjonariusze zachowywali się jak zwierzęta. Bili brutalnie wszystkich nie bacząc na wiek i płeć. Prawdopodobnie zaatakowali jedną z kobiet, która w wyniku pobicia poroniła. Atakowali nie zwracając uwagi na to, czy ktoś strajkuje czy nie, czy jest członkiem „Solidarności” czy PZPR. Pobili pałami do nieprzytomności pewnego nadgorliwego członka PZPR, który wybiegł do nich na spotkanie z legitymacją partyjną w ręce krzycząc: „Ja z Wami!”. Po uzyskaniu tych informacji zdałem sobie sprawę, że sytuacja jest gorsza niż przypuszczałem. Jerzy Mnich po usłyszeniu tych wieści poczuł się słabo i pojechał do szpitala. Z dalszych wiadomości wynikało, że ZOMO skierowało swoje siły na KWK „Moszczenica”. Dawało nam to znowu trochę czasu. Zarządziłem wówczas, aby skończono wydawać wypłaty, chociaż miały być wypłacane do godziny 9.00. W przemówieniu do załogi poinformowałem o sytuacji na KWK „Jastrzębie”, uświadamiając, że władza jest zdolna do wszystkiego i nie cofnie się nawet przed zabójstwem. Stwierdziłem wówczas, że najlepszym wyjściem byłoby teraz opuścić kopalnię. Z tłumu rozległy się okrzyki: „Tchórz, boi się! My się nie poddamy!”. Wytłumaczyłem, że ja na pewno nie wyjdę z kopalni. Prosiłem o uszanowanie decyzji i niepotępianie tych, którzy się na to zdecydują. Różnie jednak z tym bywało. Wydawało mi się, że wychodzi niewielu ludzi. Na placu pozostało około dwóch tysięcy z czterotysięcznej załogi, która była rano obecna. Prawdopodobnie wiele osób wyszło bocznymi bramami. Główne bramy były zabarykadowane. Pozostali byli uzbrojeni w kilofy, łomy itp. Patrząc na to wszystko wiedziałem, że nie obędzie się bez rozlewu krwi. Zastanawiałem się, co mogę zrobić, aby jednak do tego nie dopuścić. Zwołałem naradę. Zostało nas czterech: ja, Leszek Błaut, Eugeniusz Zandler i Waldemar Maciaszek. Postanowiliśmy się podzielić na dwie grupy: ja z Maciaszkiem i Błaut z Zandlerem. Naszym zadaniem było nie dopuścić do bezpośredniego starcia górników z ZOMO. Obawialiśmy się, że wtedy nikt już nad tym nie zapanuje. Przewidywaliśmy, że zaatakują nas od głównej bramy, wówczas Błaut z Zandlerem będą wycofywać załogę w stronę Zakładu Przeróbczego i Elektrociepłowni. W razie potrzeby ewakuuje się ludzi przez bramę 5 i 6. Natomiast ja z Maciaszkiem będziemy się wycofywać w stronę łaźni oraz magazynów i ewentualnie ewakuować ludzi przez bramę 3 i 4. Przyszli do mnie górnicy, którzy chcieli wykonać armaty: część dolna od stojaka hydraulicznego, kilogram dynamitu, dwa kilogramy gwoździ szynowych i można zrobić rzeź. Zabroniłem realizacji tego pomysłu. Wiedziałem, że wygrać nie możemy, a zabijać, nawet zomowców, to żadna uciecha. Pragnąłem wówczas, aby wszystko, na co oczekiwałem, zaczęło się już dziać. Czułem się dziwnie, żadnego strachu. Było mi obojętne, czy mnie zabiją czy też nie, nie myślałem także o rodzinie. Wszystkie moje myśli skupiały się na jednym, aby wszystko już się zaczęło. Oczekiwanie było okropne. Wreszcie podjechali czołgami i wozami pancernymi pod bramę. Ktoś mówił coś przez megafon, ale wycie silników zagłuszało jego głos. Ludzie śpiewali: „Jeszcze Polska nie zginęła”, „Boże coś Polskę”. Rozległy się strzały. Na plac poleciały świece dymne i gazowe. Gaz miał nieprzyjemny zapach i szczypał w oczy. Kazałem wycofać się załodze w stronę łaźni. Leszek Błaut wycofywał ludzi w stronę Zakładu Przeróbczego. Po chwili czołg próbował wjechać przez zabarykadowaną bramę. Po pokonaniu przeszkód na teren kopalni dostał się kolejny czołg. Młodzi chłopcy, mimo mojego sprzeciwu, biegli w kierunku czołgu z szyną. Włożyli ją w gąsienicę, która pękła. Czołg zaczął się kręcić w koło. Podobnie uszkodzili gąsienicę drugiego czołgu. Zadawałem sobie i innym pytania: „Kto ich tego nauczył? Skąd oni to wiedzą?” Powiedziano mi, że to żołnierze. Odparłem: Jak to, żołnierze po naszej stronie?” Ktoś mi wówczas wytłumaczył, że we wrześniu brakowało ludzi do pracy na kopalniach i władze zaproponowały żołnierzom, iż jeżeli ktoś ma za sobą rok służby, to może zostać z niej zwolniony pod warunkiem przepracowania pozostałego czasu służby wojskowej na kopalni. To właśnie byli ci chłopcy. Oczywiście wiedziałem o tym, ale w tymzamieszaniu nie skojarzyłem tego faktu.
Po unieruchomieniu przez nas czołgów znowu zaczęło się ostrzeliwanie. Leciały świece dymne i gaz. Wycofywaliśmy się między II a III etap łaźni. Na teren kopalni wszedł w maskach oddział ZOMO, około 300 osób. Ludzie parli do przodu. Stojąc na czele próbowałem ich powstrzymać. Zomowcy wycofywali się z kopalni przez bramę towarową lub przez osobówkę. Próbowaliśmy z Maciaszkiem, Błautem i Zandlerem zatrzymać załogę, żeby nie doszło do bezpośredniego starcia. Zatrzymaliśmy ludzi w odległości około 15 metrów od zomowców. Wówczas odwrócił się jeden z dowodzących akcją oficerów (spełniał wśród zomowców tę samą rolę, co ja wśród górników, też nie chciał aby doszło do bezpośredniego starcia), ściągnął z twarzy lewą ręką maskę, a prawą sięgnął po pistolet i padły strzały. Trzeba przyznać, że zrobił to bardzo szybko i profesjonalnie. Widać było, że to nie jest zwykły policjant, ale zawodowy strzelec. Strzały nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Byłem przekonany, że to ślepe naboje. Nie zmienił wtedy mojego przekonania fakt, że jeden z górników, stojący tuż przy mnie, złapał się za twarz i nie mógł ustać na nogach. Podtrzymywałem go, a potem poprosiłem, aby odprowadzono go do punktu opatrunkowego. Później okazało się, że był to Czesław Kłosek. Miał ogromne szczęście. Kula utkwiła w pierwszym kręgu szyjnym. Gdyby przeszła dwa milimetry dalej przerwałaby krąg i Czesław zostałby do końca życia sparaliżowany. Ponownie rozpoczął się ostrzał. Poleciały świece dymne i gaz. Tym razem strzelali nie tylko od bramy głównej, ale także od bramy 9, przy osiedlu Dubielec. Wycofywaliśmy się w stronę magazynów, gdzie były tory. Zrobiliśmy blokadę poczwórną linią pospinanych wozów kopalnianych. Takiej zapory nie były w stanie ruszyć czołgi. W tym samym czasie ludzie tłumaczyli mi, że zomowcy strzelają ostrą amunicją. Przekonywałem ich, że to nieprawda, gdyż po wydarzeniach grudnia 70` władze komunistyczne obiecały, że już nigdy nie będą strzelać do robotników. Załoga jednak słusznie obstawała przy swoim. Twierdzili, że po huku wystrzału można odróżnić jaką amunicją się strzela. Tego nie wiedziałem, nie byłem w wojsku. Nie chciałem jednak nadal wierzyć, żeby polska władza strzelała do swoich obywateli. Wezwali mnie na punkt opatrunkowy. Lekarz Domański i pielęgniarki błagały mnie: „Panie Bożek, niech pan kończy, oni was wszystkich wystrzelają.” Nadal niedowierzając odparłem: „Jak to wystrzelają? Czy oni naprawdę strzelają ostrą amunicją?” Wtedy lekarz pokazał mi dwa pociski wyjęte z nogi i ręki dwóch rannych osób, twierdząc że zna się na tym i są to ostre naboje. Dopiero wówczas uwierzyłem. Wiedziałem, że trzeba kończyć akcję. Ale jak? Wezwałem do siebie Leszka i Zenka. Postanowiliśmy, że będę negocjował. Udałem się do ludzi na wozy przed magazynem. Zabroniłem im tym razem atakować zomowców. Mieliśmy się bronić na linii wozów. W tłumie szukałem Pietrzyka oraz Topija. Chciałem przekazać im klucze, poinformować gdzie jest sztandar itp. Ponieważ nie umiałem ich odnaleźć, posłałem ludzi do drugiej grupy przy Zakładzie Przeróbczym. Wysłannicy ich nie odnaleźli. Jeszcze raz zacząłem uważnie się rozglądać. Spostrzegłem, że grupa osób, z którymi byłem od początku zmalała z około tysiąca do trzystu lub czterystu. Niestety, grupy Pietrzyka nie było. Ponownie wysłałem osoby do zgromadzonych przy Zakładzie Przeróbczym. Jednak i tym razem nikt ich nie odnalazł. Wtedy pewien górnik zapytał mnie, kogo szukam. Odpowiedziałem, że Alojzego Pietrzyka, Piotra Błauta, Topija i innych. Powiedział, że oni zaraz, jak tylko podjechały czołgi, wyszli całą grupą obok posterunku 3 w stronę Szerokiej i KWK „Borynia”. Inni górnicy potwierdzili tę informację. Wiedziałem wtedy, że nie mam ich już co szukać. Tymczasem dym się już rozwiał i ZOMO ruszyło do przodu. Czekaliśmy na nich na linii wozów. Gdy podeszli na odległość około 20 metrów, zaczęliśmy rzucać w nich nakrętkami od obudowy i szyniakami. Podeszli jeszcze około 5 metrów i wycofali się. Wówczas była to dla mnie niezrozumiała decyzja. Dopiero po aresztowaniu dowiedziałem się, dlaczego tak postąpili. Okazało się, że zomowcy mieli plastikowe tarcze ochronne sprowadzone za dolary z Japonii. Tarcze te pod wpływem naszego ataku zaczęły pękać, co ich wystraszyło i postanowili się wycofać. Przesłuchujący nie chcieli uwierzyć, że rzucaliśmy nakrętki i śruby rękami. Twierdzili, że z pewnością mieliśmy jakąś wyrzutnię, gdyż tarcze te miały wszystkie atesty i były poddawane wielu różnorodnym próbom, podczas których nie zdarzyło się, żeby któraś z nich pękła. Tymczasem po naszym ataku wszystkie tarcze z pierwszego szeregu w przeciągu 5 minut były uszkodzone. Śmiejąc się powiedziałem im, że przy próbach z pewnością rzucali Japończycy, którzy są niewysocy i słabsi, więc jak będą mieli znowu zamiar kupować tarcze, to powinni przyjechać na kopalnię „Manifest Lipcowy”, gdzie górnicy przeprowadzą prawdziwy test. Tak naprawdę jednak do śmiechu mi wtedy nie było. Przez megafon zaczął przemawiać dowódca oddziałów (major lub pułkownik) zachęcając nas do opuszczenia kopalni. Zaproponowałem mu 15 minut przerwy. Postawiłem warunek, aby zomowcy cofnęli się na odległość 50 metrów. Przystał na to. To był ten moment, na który czekałem od wyjścia z punktu opatrunkowego. Przemówiłem wówczas do zebranych górników. Powiedziałem, że nie mamy żadnych szans, strzelają do nas ostrą amunicją. Podkreśliłem, że możemy być dumni z siebie, bo zrobiliśmy wszystko, co było możliwe, a nawet więcej i nikt na świecie nie będzie mógł nam powiedzieć, iż dobrowolnie pogodziliśmy się ze stanem wojennym. Naturalnie rozległy się głosy, że na wozach możemy się długo bronić. Zdroworozsądkowo zadawałem pytania: „Jak długo? Godzinę? Dwie? Przecież nie dzień czy dwa? Jak im się znudzi, to zaczną do nas strzelać ostrymi nabojami i co wtedy?”. Przekonałem ich wówczas, że czas skończyć nasze działania. Powiedziałem dowódcy ZOMO, że w zasadzie zgadzamy się opuścić teren kopalni, ale musimy ustalić warunki. Pojawił się problem, gdzie mamy rozmawiać. Dowódca ZOMO zaproponował, abyśmy się spotkali w połowie drogi między górnikami a zomowcami. Zgodziłem się, ale górnicy, którzy byli ze mną nie wyrazili na to zgody. Doszło wtedy między nami do ostrej wymiany zdań. Pamiętam, że powiedziałem nawet, iż to moje życie i mogę robić z nim to, co mi się podoba. Nie ustąpili jednak. Stwierdzili, że choćby mieli użyć siły, to mnie nie puszczą. Zaproponowali, żeby dowódca ZOMO przyszedł do nas. Tym razem jego ludzie nie chcieli na to przystać. W końcu wydał rozkaz i umilkli. Muszę przyznać, że mi wtedy zaimponował. Dałem mu słowo honoru, że mu się nic nie stanie. Podszedł do nas. Kilku najbardziej krewkich próbowało się rzucić na niego, ale zasłoniłem go swoim ciałem. Koledzy ich uspokoili i przystąpiliśmy do negocjacji. Zaproponowałem, że opuścimy kopalnię w ciągu dwóch godzin pod warunkiem wycofania się ZOMO poza plac autobusowy, zaniechania jakichkolwiek ataków i zatrzymań górników. Dyrekcja miała podstawić taką ilość autobusów, aby wszyscy mogli odjechać do domów. Dowódca twierdził, że dwie godziny to zbyt dużo, ale przekonałem go, że tyle czasu potrzebujemy, gdyż wielu z nas jest w ubraniach roboczych, muszą się umyć i przebrać. Tak naprawdę i ja spodziewałem się, że opuszczenie terenu kopalni potrwa około godziny, ale wiedziałem, że należy zostawić jakiś margines czasu. Dowódca ZOMO przystał na nasze warunki. Negocjacje zakończyły się pomyślnie. Zomowcy opuścili kopalnię. Ja poszedłem do łaźni, umyłem się, przebrałem i zszedłem do punktu opatrunkowego, aby zobaczyć, co dzieje się z rannymi. Okazało się, że odwieziono ich już do szpitala. Poczułem się osłabiony. Zmierzono mi ciśnienie, było bardzo wysokie. Lekarz Domański zdecydował, że odwiozą mnie karetką do szpitala. Na początku trochę protestowałem, ale gdy stwierdziłem, że wszyscy górnicy opuścili zakład pracy, zgodziłem się i odwieziono mnie karetką do Szpitala Górniczego w Jastrzębiu Zdroju.
 

Źródło: "NASZA SOLIDARNOŚĆ JASTRZĘBIE, STAN WOJENNY" - Solidarność Jastrzębie Zdrój 2006




Jan Bożek
powrót »