Relacje


powrót »
Tak mi kazało sumienie

 Urodziłam się na wsi pod Tarnopolem. Wieś nazywała się Bucniów, a moje narodziny miały miejsce dokładnie pół roku przed wybuchem II Wojny Światowej. Tereny, na których mieszkaliśmy najpierw okupowali Sowieci, potem Niemcy i na końcu znowu Sowieci. Ojciec mój był urzędnikiem w gminie. Mieliśmy domek, ale byliśmy raczej rodziną średnio zamożną. W czasie wojny ojciec służył w AK, lecz ja jako dziecko nie miałam o tym „zielonego pojęcia”.
Pamiętam takie zdarzenie; to było za okupacji niemieckiej. Ojciec otrzymał zadanie przetrzymania pewnego człowieka, który zbiegł z niewoli. Miano go niebawem przerzucić gdzie indziej. Przerzut zawiódł i ten pan przebywał u nas trzy albo cztery miesiące. Potem jeszcze innych ludzi przetrzymywaliśmy u siebie w piwnicy. Ja miałam młodsze rodzeństwo; no i tak dosyć często narażaliśmy się, bo wiadomo było, że w razie odkrycia przez okupantów zbiegów, których przetrzymywaliśmy, cała nasza rodzina zostałaby zlikwidowana. Zresztą zagrożenie było nie tylko ze strony Niemców lub Sowietów. Była jeszcze UPA. Kiedyś nawet dobijali się do nas, ale jakimś szczęśliwym trafem nie weszli. Nie pamiętam aby w naszej miejscowości kogoś zabili, ale wiem, że w okolicznych wioskach, miały miejsce straszne mordy dokonywane przez UPA na Polakach. Ponieważ mój ojciec był naczelnikiem poczty, posiadał całkiem legalnie broń palną i na wypadek napadu ze strony UPA, trzymał tą broń w pogotowiu na strychu. Szczęściem nas to ominęło.
Dzieciństwo, jak pamiętam miałam normalne. Bawiłam się jak wszystkie dzieci na podwórku, chyba, że były naloty, wtedy wszyscyśmy chowali się do piwnicy.
Za drugiej okupacji sowieckiej, rodzinę naszą przeniesiono do miejscowości Baworów, gdyż władze sowieckie zajęły nasz dom na jakiś ważny urząd. Kiedyś razem z mamą udałam się do tego urzędu, który właśnie mieścił się w naszym domu, gdyż mama miała jakąś sprawę do załatwienia. W naszym ogrodzie rosły wiśnie; to był chyba czerwiec i ja zapytałam się mamy czy mogę sobie tych wiśni nazrywać. Moja mama, jak to usłyszała, to się rozpłakała i powiedziała: Dziecko, przecież to jest nasze.
Natomiast w Baworowie zakwaterowali nas z dwiema innymi rodzinami w pomieszczeniu, które wcześniej było stajnią. Warunki bytowe były tam bardzo złe. Po jakimś czasie Ruscy wynieśli się z naszego domu i my w końcu mogliśmy wrócić na swoje.
Mój ojciec, dwa razy powoływany był do armii sowieckiej i dwa razy z niej zdezerterował. Ruscy mieli taki bałagan w papierach, że nikt się w tym nie zorientował. Ojciec się co prawda ukrywał, a Rosjanie przychodzili do nas i pytali mamy: Gdzie jest mąż? Mama zawsze odpowiadała na to: No, jak to, przecież wasi go zabrali. Rosjanie w jakiś sposób nie potrafili z tym dojść do ładu.
Już po wyzwoleniu otrzymaliśmy od Sowietów ultimatum: albo przyjmiemy obywatelstwo Sowieckie i wtedy możemy zostać na swoim, albo wyjeżdżamy na tzw. ziemie odzyskane. Oczywiście wyjechaliśmy. Przywieziono nas do Bytomia i zakwaterowano nas w barakach poobozowych dla jeńców wojennych. Warunki w tych barakach były bardzo nędzne. Przebywaliśmy tam około sześciu tygodni. Potem ojciec jakoś dowiedział się, że na Opolszczyźnie, w jakiejś wiosce uchowały się poniemieckie kopce z ziemniakami. Więc aby uniknąć głodu wyjechaliśmy tam. Przez jakiś czas spożywaliśmy te ziemniaki we wszystkich możliwych postaciach. Dostarczano nam też żywność z UNR-y. Jakoś się żyło. W końcu ojciec otrzymał pracę w Kluczborku i cała nasza rodzina przeniosła się do tej miejscowości. W Kluczborku mieszkaliśmy dwa lata. W domu dużo się politykowało. Kluczbork, właściwie w całości był zamieszkany przez repatriantów z Ukrainy. U nas w domu było radio i wszyscy znajomi przychodzili do nas słuchać audycji nadawanych z Londynu. W kamienicy naprzeciwko naszego domu mieszkał jakiś komunista i chyba dorośli nawet w obecności dzieci musieli bardzo źle wyrażać się o komunizmie, bo kiedy ten partyjniak szedł ulicą to wszystkie dzieci wytykały go palcami i patrzyły na niego jak na diabła. W naszej dzielnicy był to z pewnością jedyny komunista.
W 1948 roku przenieśliśmy się do Krakowa. Ojciec wolał żebyśmy mieszkali w dużym ośrodku, ze względu na możliwość lepszego kształcenia dzieci. Tam ukończyłam szkołę podstawową, a potem w 1958 roku Liceum Sztuk Plastycznych. Po maturze rozpoczęłam studia na wydziale filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Studia ukończyłam w 1964 roku, a ponieważ przez ostatnie dwa lata nauki korzystałam ze stypendium fundowanego przez miasto Gliwice, więc tuż po studiach przeniosłam się do tego miasta.
Odpracowałam to stypendium jako nauczycielka w szkole podstawowej. Potem przez cztery lata pracowałam w Studium Nauczycielskim w Gliwicach. Po tym, z kolei okresie otrzymałam zatrudnienie w Instytucie Nauk Społecznych, w Zakładzie Filozofii przy Politechnice Gliwickiej. Ja marksistką nigdy nie byłam, do PZPR-u nie należałam, mój przewód doktorski nic wspólnego z ideologią komunistyczną nie miał, a poza tym szczerze mnie nie lubił mój bezpośredni zwierzchnik, pan Bąk. W całym Instytucie, który zatrudniał trzydzieści osób, trzy może cztery były bezpartyjne. Nacisków, szczerze powiedziawszy, na mnie, abym wstąpiła do PZPR nie było, gdyż dyr. Instytutu prof. Bronisław Miszewski, chociaż partyjny, był jednak przyzwoitym człowiekiem. Nawet na rok przed wyrzuceniem mnie z uczelni, na jego wniosek otrzymałam nagrodę rektorską za jakiś artykuł. Natomiast p. Bąk był człowiekiem bardzo prymitywnym i kiedy podjęto już działania w celu usunięcia mnie z uczelni, to nasz dyr. Instytutu spotkał się z nami, z pracownikami Zakładu Filozofii i stwierdził, że on nie widzi mojego problemu, tylko problem p. Bąka, który od czasu jak skończył studia w Leningradzie, to niczego się nie nauczył. Chociaż profesor Miszewski bronił mnie zawzięcie to ów p. Bąk zawziął się na mnie. Zarzucał mi bezpartyjność i podobno w Komitecie Wojewódzkim PZPR były jakieś nieprawomyślne nagrania z moich wykładów. Walczyli ze mną przez cały rok. Jednak kiedy dyr. Instytutu odszedł na emeryturę, to jego następca prof. Borcz nie wykazał się już tak zdecydowaną postawą.
Tak więc w 1977 roku zostałam zwolniona z Politechniki za przekonania polityczne i dostałam tzw. „wilczy bilet”. Na Uniwersytecie Śląskim tworzył się wtedy Instytut Filozofii, więc złożyłam stosowne dokumenty, ale po kilku tygodniach odmówiono mi zatrudnienia tłumacząc się brakiem wolnych miejsc. Nawiasem mówiąc, wiedziałam, że przyjmowano tam ludzi po całkiem innych, niezwiązanych z filozofią kierunkach. Złożyłam papiery na Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Opolu. Najpierw byli zainteresowani, po czym powtórzyła się sytuacja z UŚ-iu. Brak wolnych miejsc itd. W końcu razem z mężem, na jakiś czas wyjechaliśmy do mojej przyjaciółki, do Norwegii. Paszporty otrzymaliśmy, zapewne dlatego, że władze były święcie przekonane, że my stamtąd nie wrócimy. My jednak wróciliśmy. Podejmowałam dalsze bezskuteczne starania o pracę. W 1980 roku starano się namówić mnie abym wróciła na Politechnikę, lecz ja nauczona przykrymi doświadczeniami, które mnie tam spotkały, odmówiłam. Wreszcie dostałam pracę w szkole z internatem dla młodzieży męskiej, upośledzonej umysłowo. Widocznie uznano, że tam nikogo nie zdemoralizuję. Działy się tam straszne rzeczy. Dyrekcja poza załatwianiem własnych interesów niczym innym się nie zajmowała. Właściwie, w tej placówce, ja musiałam sama wszystko organizować. Były tam jakieś lewe etaty, okradanie tej biednej młodzieży… Koniec końców, złożyłam doniesienie do wydziału oświaty, firmowane, oczywiście, moim nazwiskiem i na tej podstawie tego dyrektora wyrzucono. W związku z tą całą zawieruchą i ja musiałam się stamtąd wynieść. Najpierw podjęłam pracę w przedszkolu, a w marcu 1980 roku podjęłam pracę w zabrzańskim ZOZ-ie, w charakterze pracownika socjalnego.
W 1980 roku służba zdrowia nie strajkowała. Na początku września, już po podpisaniu porozumień, urządzili nam takie walne zebranie. Inicjatorem tego zebrania była CRZZ, ale żeby ludzi nie zniechęcać, nie proponowali nam wstępowania do nich, tylko stworzenie niezależnych, branżowych związków. Byle z daleka od „Solidarności”. Podczas zebrania, zadałam pani prelegentce kilka kłopotliwych pytań. Na żadne nie umiała sensownie odpowiedzieć i jej misja spełzła na niczym. Za to ja zebrałam burzę oklasków. Moje wystąpienie na tym zebraniu zrobiło swoje. Ludzie z całego ZOZ-u zaczęli mnie szukać. I w krótkim czasie założyliśmy Komitet Założycielski „Solidarności”, po czym zawiadomiliśmy dyrekcją o naszej inicjatywie i zarejestrowaliśmy się w MKR w Jastrzębiu. Siłą rozpędu zostałam przewodniczącą KZ. Dyrekcja wpadła w szał. Dyrektor, stary i wpływowy komunista wyzywał nas od samozwańców, ale przecież zalążki każdej organizacji, choćby i najbardziej demokratycznej muszą jednak powstać z czyjejś inicjatywy. Ludzie walili do nas oknami i drzwiami. Otrzymywałam zaproszenia z innych zakładów pracy, aby przemówić do załóg i zachęcić ludzi da wstępowania w szeregi „Solidarności”. Wybory do władz naszego zakładowego związku urządziliśmy z wielką pompą w teatrze. No i wybrano mnie na przewodniczącą Komisji Zakładowej „Solidarności”. W okresie „karnawału” „Solidarności” obowiązków było bardzo wiele. Załatwianie spraw pracowniczych i związkowych. Były różne kłopoty. Ja często jeździłam na zebrania MKR do Jastrzębia, a na nasze zebrania KZ też zawsze zapraszaliśmy kogoś z MKR. To były jeszcze czasy kiedy przewodniczącym MKR był Jarosław Sienkiewicz. Dziwna atmosfera panowała na tych zebraniach. Dyskutantów do głosu dopuszczał p. Kudej i ciągle mówili ci sami ludzie. I chociaż zapisałam się kilka razy do dyskusji, to jakoś nigdy do głosu nie zostałam dopuszczona. Odnosiłam wrażenie, że w tamtym okresie wszystkie trudniejsze sprawy jakoś się rozmywało. To było zaskakujące, ale po odsunięciu Sienkiewicza wszystko wróciło do normy.
Jeśli idzie o stan wojenny, to od czasu prowokacji bydgoskiej spodziewaliśmy się czegoś takiego. Zresztą na Komisji Zakładowej ustaliliśmy plan obsługi zakładów, jeśli idzie o opiekę zdrowotną, na wypadek takich konfrontacji. Chodziło o to, żeby w razie strajku, nie zostawić ludzi bez opieki. Do tej akcji zgłaszało się wielu chętnych. Po prostu byliśmy na taką ewentualność przygotowani. Ponieważ w grudniu 1981 roku atmosfera polityczna była już bardzo ciężka, więc zarządziliśmy w Komisji Miejskiej stałe dyżury. Mieliśmy przygotowaną całą logistykę na wypadek jakichś nieoczekiwanych zajść, tzn. kto, kogo miał powiadamiać, co w danej sytuacji robić? Itd. Patrząc z dzisiejszej perspektywy widzę ile było niedociągnięć. Dyżurowaliśmy, dyżurowaliśmy, ale czujność powoli w nas malała. Na koniec przewodniczący KM Tadeusz Makuchowski sam dyżurował, a całej reszcie kazał iść do domów. Wprowadzenie stanu wojennego zastało go właśnie w lokalu KM i tam go aresztowano w nocy z 12 na 13 grudnia.
O wprowadzeniu stanu wojennego poinformował mnie mój mąż, 13 grudnia, w niedzielę, rano, gdyż słuchał radia francuskiego, a tam już tą informację podawano. Potem, wiadomo, przemówienie Jaruzelskiego i wszystko już było jasne. Tego dnia czułam się bardzo źle; jakieś zapalenie górnych dróg oddechowych, więc poszłam do lekarki zakładowej, która nawiasem mówiąc, była moją zastępczynią w Komisji Zakładowej. Dała mi zwolnienie lekarskie, przepisała lekarstwa i obie zaczęłyśmy robić swoistą „inwentaryzację”; kto się jeszcze ostał? Kogo jeszcze nie aresztowano? Tego samego dnia pojechałam do Zabrza, aby zawieźć zaświadczenie lekarskie do zakładu pracy. Poza tym byłam ciekawa; co się dzieje? W Zabrzu nie było żadnych strajków.
Na dzień 16 grudnia byłam umówiona na zebranie u znajomej lekarki, która nie należała do naszej Komisji tylko do KZ Górniczej Służby Zdrowia. Pojechałam na to zebranie. Wysiadłam w Zabrzu w pobliżu umówionego spotkania, ale zorientowałam się, że za mną ktoś idzie. Zaniepokoiłam się. Najpierw musiałam się upewnić, że naprawdę mnie śledzi, więc trochę kluczyłam, ale ciągle miałam go za sobą. Postanowiłam go zgubić. Znajdowałam się w dzielnicy, w której mieszkała znajoma pielęgniarka, co prawda partyjna, ale również członkini „Solidarności”. Ona mieszkała w dwunasto piętrowym budynku. Wsiadłam do windy, ale wysiadłam piętro niżej. Cichutko po schodach pokonałam resztę dystansu. Szczęściem ona była w przedpokoju i natychmiast otworzyła mi drzwi. Bardzo się ucieszyła na mój widok, że mnie jeszcze nie zamknęli.
Ten mój „ogon” wcale się nie zgubił. On mnie szukał w tym bloku, o czym poinformowała mnie lekarka, która przyszła odwiedzić tą moją znajomą.
Powiedziała: Jakiś dziwny człowiek chodzi po klatce schodowej, w tą i we w tą, jakby kogoś szukał. Potem mi go opisała. To był ten, który mnie śledził. Na to umówione spotkanie już nie poszłam. Przenocowałam u tej znajomej.
17 grudnia rano wróciłam do domu. Najpierw w aptece wykupiłam lekarstwa, kiedy wróciłam to już czterech zomowców i jeden cywil na mnie czekało. Ten cywil nie był z SB. Zależało mu na tym, żebym wiedziała, że on nie jest esbekiem. Rewizja była pozorowana; tak ją przeprowadzali, żeby nic nie znaleźć. Mój mąż nasłuchał się w tym francuskim radiu, że z tymi internowanymi, Bóg jeden wie, co robią, bo z niektórymi robili, więc ja już pomału żegnałam się z życiem. Lecz ten cywil, kazał mi zabrać pieniądze, papierosy jeśli palę i ciepłe ubrania; zorientowałam się, że zabierają mnie do więzienia. Jednego czego nie pozwolili mi wziąć ze sobą, to lekarstw. Może myśleli, że się otruję?
Najpierw zabrali mnie na Komendę Milicji w Zabrzu, a po dwóch dniach przewieźli mnie do więzienia w Lublińcu. Moje koleżanki w celi, a żadnej nie znałam, bo prawie wszystkie były z Częstochowy, jak zobaczyły te papierosy, te ciepłe swetry, to uznały mnie za esbecką „wtyczkę”. Ja opowiadałam im, że strajkuje jeszcze huta „Katowice”, że stoi kopalnia „Piast”, a z ich strony żadnego odzewu. Zrozumiałam, że mi nie ufają, ale cóż było zrobić. Trzeba było przeczekać. One same, zresztą zrobiły wywiad wśród współwięźniarek z innych cel, które dobrze mnie znały i już po kilku dniach wszystko było w porządku. W Lublińcu była całkiem dobrze zaopatrzona biblioteka więzienna. Przeczytałam tam wiele wartościowych książek.
W Lublińcu przebywałam do 21 stycznia 1982 roku. Potem przez Sosnowiec, skąd zabrano część więźniarek, zawieziono nas do Darłówka. Trafiłyśmy tam 23 stycznia. Panowały tam całkiem przyzwoite warunki, bo to był jakiś ośrodek wczasowy, przystosowany tylko do warunków internowania. Przebywały tam zarówno kobiety jak i mężczyźni. Ulokowano nas tam dlatego, gdyż władze spodziewały się wizytacji z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Szczerze mówiąc ja byłam zaskoczona tymi warunkami, bo oprócz wolności, to w zasadzie, biorąc oczywiście pod uwagę tamte realia, niczego nam nie brakowało. W Darłówku oprócz nas przebywali jeszcze ludzie z Częstochowy i Bielska.
W marcu 1982 roku większą grupę spośród nas przewieźli do Gołdapi. Przyjechałyśmy późnym wieczorem, a tam dziewczyny pięknie nas powitały pieśniami solidarnościowymi. To było bardzo poruszające. W Gołdapi panowała jeszcze większa swoboda niż w Darłówku, bo w obrębie dwóch pięter mogłyśmy się zupełnie swobodnie poruszać. Miałyśmy tam nawet nasłuch na „Głos Ameryki”. Z tym nasłuchem to było tak, że kol. Anna Urbanowicz (późniejsza wiceminister oświaty, na początku lat 90-tych) zdobyła skądś klucz do pustego pokoju, w którym było radio i myśmy nastawiały sobie to radio na falę „Głosu Ameryki” i przez kalkę przepisywałyśmy informacje podawane w audycji. W ten sposób powstał nasz biuletyn informacyjny.
14 lipca 1982 roku wróciłam z internowania. Najpierw zwolnili mnie z pracy. Co prawda moi przyjaciele lekarze, aby mnie jakoś ratować, wsadzili mnie nawet na miesiąc do szpitala, ale to i tak nie pomogło. Przez pół roku byłam bez pracy. Jednak Sąd pracy orzekł na moją korzyść, bo dyrektor ZOZ-u świadcząc na rozprawie, stwierdził, że mam zbyt wysokie wykształcenie, jak na zajmowane stanowisko. Sąd go prawie wyśmiał.
Rozejrzałam się po tak zwanej „wolności”. Obraz nie był zbyt krzepiący. Z „internatów” zaczęli wracać koledzy. Niektórzy z nich byli w posiadaniu list internowanych, a ja również posiadałam swoje listy, więc wpadłam na pomysł aby stworzyć ewidencję internowanych. Zaczęłam zbierać te wszystkie listy. Ponieważ wiedziałam, że ludzie ciągle siedzą w aresztach, że mają wyroki, więc zainteresowałam się tym i zaczęłam chodzić do adwokatów. Głównym źródłem informacji była dla mnie kancelaria mecenas, pani Kurcjusz, ale kontaktowałam się również z innymi adwokatami np. Januszem Kralem. Chodziłam również na procesy i w ten sposób ta moja ewidencja się coraz bardziej uzupełniała. Miałam dzięki tym wszystkim informacjom dosyć dużą wiedzę, bo były tam nazwiska sędziów ferujących wyroki, były nazwiska oskarżycieli, numery spraw itp. Rejestrowałam, zresztą wszystkie rodzaje represji wobec ludzi „Solidarności”. W 1983 roku poprzez znajomą Barbarę Gaweł poznałam Michała Lutego, a ten z kolei poznał mnie z Robertem Wiśniewskim, który miał kontakty z RKW (Regionalna Komisja Wykonawcza). Za jego pomocą przekazałam, tą swoją ewidencję do RKW, spodziewając się, że oni może ją opublikują. No, w każdym razie, że zostanie to jakoś nagłośnione. RKW nie zgodziła się na taką publikację. Niechęć do mojej pracy uzasadniali jakimiś nielogicznymi argumentami; że brak zespołu redakcyjnego, że brak opinii z innych regionów. Po prostu nonsens. I na tym moja współpraca z RKW się skończyła. Sens tego raportu, w moim zamyśle miał być taki, że jeśli te dane zostaną upublicznione i przekazane do mediów na Zachodzie, to władza będzie musiała trochę z represjami przystopować. Podobne listy próbowano tworzyć przy komitecie biskupim, ale te listy były nieaktualne i niekompletne. W końcu od Teresy Kurcjusz dowiedziałam się, że przyjeżdża do niej człowiek z Komitetu Helsińskiego, za którego poręczyła Grażyna Staniszewska i że KH stara się stworzyć taką listę na cały kraj. Poprosiłam Teresę aby mnie z nim skontaktowała. Wysłannikiem Komitetu Helsińskiego okazał się być pan Marek Antoni Nowicki. Spotkaliśmy się i tak rozpoczęła się nasza współpraca. Od jesieni 1984 roku rozpoczęłam pracę w Komitecie Helsińskim, w sensie ewidencjonowania represjonowanych w naszym regionie. Prace, nad tą swoją listą zakończyłam w 1986 roku, kiedy prześladowania trochę zelżały. Do dzisiaj zadziwia mnie to, że władze regionalnej „Solidarności”, tak mało interesowały się losami swoich prześladowanych członków i działaczy. Chociaż pod koniec tego okresu była jeszcze jedna inicjatywa z ramienia RKW dotycząca zrobienia kompleksowego spisu represjonowanych. Mieli tym się zajmować panowie Zwoźniak, ten od „Zeszytów „Solidarności” i Bargieł z Bielska. Bargieł podczas rozmowy z G. Staniszewską powiedział jej, że w tym celu musi skontaktować się z T. Jedynakiem. Zdziwiona Staniszewska, bo wiedziała, że zajmuję się tym od lat, skierowała go oczywiście do mnie. Ich interesowały informacje z okresu li tylko stanu wojennego, czyli od grudnia 1980 do lipca 1983 roku, a moja lista obejmowała okres, jak już wspominałam, do 1986 roku. Nowicki z KH stwierdził w rozmowie ze mną, że „Wykonałaś tyle roboty, a teraz ma się pod nią podpisać kto inny? Nie daj się zrobić „na szaro”. RKW zgodziła się na to abym ja tą pracę wykonała sama, ale Zwoźniak i Bargieł ciągle mi się do tego mieszali; bywało śmiesznie kiedy próbowali mi udostępniać materiały, których ja byłam autorką, a które wcześniej upubliczniłam np. za pośrednictwem „Głosu Ameryki”. Kiedyś w dobrej wierze udostępniłam im moje materiały, a oni zaczęli mi tam dopisywać osoby, które nie były ani więzione, ani represjonowane. Czyli, że jedyną drogą udostępniania mojego zbioru informacji w dalszym ciągu pozostała pani Irena Lasota z „Głosu Ameryki”.
Pamiętam, że zanim rozpoczęłam współpracę z Komitetem Helsińskim pracowałam również przy udzielaniu pomocy finansowej osobom prześladowanym i najbardziej potrzebującym wsparcia. Do tej roboty wciągnęła mnie Elżbieta Seferowicz. Otrzymywałam pieniądze od ludzi ze struktur regionu i rozwoziłam je pod wskazane adresy. To było trudne, niewdzięczne i ryzykowne przedsięwzięcie. Zajmowałam się również, ale w ograniczonej skali kolportażem pism podziemnych: KOS-a, w którym sama pisywałam jak również Paragrafu, pisma wydawanego w Krakowie przez takiego jednego prokuratora, którego nazwiska w tej chwili nie umiem sobie przypomnieć. Jednak kiedy zaczęłam działać w KH musiałam zaprzestać tych ryzykownych zajęć. Robota w Komitecie była ważniejsza.
Moja rodzina zawsze przejawiała silne nastawienie antykomunistyczne. Mój tata zmarł w 1972 roku na zawał i zawsze żałowałam, że nie dożył czasów „Solidarności”. Pamiętam, jak brat był ze mnie dumny za mój aktywny udział w opozycji antyustrojowej. W trakcie internowania odwiedzały mnie i wspierały zarówno moje siostry, jak również mama, która po zbrodniczej pacyfikacji na kopalni Wujek, czym bardzo się przejęła, bardzo podupadła na zdrowiu.
Jeśli idzie o 1988 rok, to pamiętam, że Jarosław Kaczyński, który również pracował wtedy w Komitecie Helsińskim zapytał Marka Nowickiego, jak ewentualnie zareagowałby Śląsk na jakiś „wybuch” w Polsce. Marek zwrócił się z tym do mnie i poprosił mnie o pisemną ocenę sytuacji. To było gdzieś na pół roku przed strajkami i to miała być taka psychologiczno-polityczna ocena. Napisałam w raporcie, że ślązacy są co prawda mało „ruchawi”, ale jeśli już coś się zacznie, to zrobią to jak należy. Taka mentalność, po prostu.
Wcześniej miałam jakieś kontakty z Jastrzębiem, głównie z osobami z MKR-u z roku 1980. Ponieważ miałam dobre kontakty z Danką Skorenko działającą w RKW, więc dużo wcześniej wiedziałam, że na sierpień 1988 roku planowany jest wybuch strajków na jastrzębskich kopalniach. Postanowiłyśmy z Danką stworzyć centralny punkt informacyjny, w którym informacje byłyby potwierdzane, selekcjonowane i z którego byłyby wysyłane do mediów na zachód Europy i do Ameryki. Mam koleżankę Magdę Knol, która wtedy mieszkała w Gliwicach, i która była idealnym człowiekiem do tego typu zadania. Jej numer telefonu został przekazany do wszystkich ważniejszych rozgłośni radiowych, stacji telewizyjnych oraz do gazet. Miało być tak, że Danka miała jej przekazywać informacje, a Magda miała je puszczać dalej w świat. Tak się złożyło, że moja mama była już wtedy w bardzo poważnym stanie i z siostrą na zmianę musiałyśmy się nią opiekować. Akurat wypadła moja kolej i na strajk dotarłam dopiero w drugim tygodniu jego trwania.
Trafiłam do kościoła „na górce”; tam miała być Danka Skorenko, ale okazało się, że Danka jest na strajku, na kopalni Manifest Lipcowy. Udałam się pod kopalnię. Ja znałam już wtedy kilka osób z Manifestu m.in. Janka Golca. Ktoś z załogi przekazał mi wszystkie informacje, a ja czym prędzej podałam cały serwis informacyjny Magdzie, do której już „cały świat” wydzwaniał. Z Danką nie mogłam się kontaktować, żeby jej nie „spalić”. Zresztą byli tam też ludzie z KH: Marek Nowicki i Joanna Kluzik (wiceminister pracy i polityki społecznej w rządzie J. Kaczyńskiego). Z nimi też lepiej było się nie kontaktować. W każdym razie, od tego czasu przekaz informacji działał już regularnie.
„Na górce” działało zaplecze strajku, cały sztab ludzi. Często przebywali tam Leszek Piotrowski, Adam Giera, Henryk Sienkiewicz, jego doradca Stankiewicz, A. Kowalczyk, jak również doradca L. Wałęsy p. Adam Czartoryski. Było tam również sporo studentów, którzy obsługiwali strajk m.in. Anita Gargas i Przemek Miśkiewicz. I było takie zdarzenie. Strajki wygasły już na wszystkich kopalniach, ale załoga z Manifestu zapowiedziała, że będą strajkowali do końca i ponieważ ja miałam z nimi stały kontakt, więc o tym wiedziałam. Wracam pewnego dnia z kopalni, „na górkę”, a tam trwa zebranie. W zebraniu udział brali. Sienkiewicz, Stankiewicz i Piotrowski. Oni nie chcieli mnie wpuścić na to zebranie, ale wyszedł do mnie Piotrowski i ja mu powiedziałam, że górnicy z Manifestu będą stali tak długo aż władza nie zawrze z nimi sensownego porozumienia. Na to on odpowiedział, że to zmienia całą sytuację, bo Sienkiewicz po to zwołał to zebranie, ażeby członkowie zebrania potwierdzili konieczność podjęcia rozmów z Kiszczakiem. Było nawet tak, że Czartoryski informację o wygaśnięciu strajku wywiózł już w Polskę, podczas gdy strajk trwał dalej. Te zachowania niektórych ludzi były dziwne, bo to przecież nie było grono, które mogło udzielić komukolwiek, jakichkolwiek pełnomocnictw. Było tam sporo zamieszania, ale w końcu górnicy i tak postawili na swoim.
Kiedy załoga Manifestu, już po strajku opuszczała kopalnię, to koniecznie chcieli nieść na czele manifestacji flagę „Solidarności’. Pojechałam do domu i przywiozłam flagę, jeszcze z 1980 roku. Górnicy byli zadowoleni. Pamiętam, że po strajku miałam taką krótką rozmowę z Alojzym Pietrzykiem i starałam się go przestrzec przed tym aby mu się „w głowie nie przewróciło”, bo wiedziałam już, że został „namaszczony z góry”. No, cóż wyszło jak wyszło.
Po strajkach 1988 roku, jeszcze przed legalizacją „Solidarności” było wiele manifestacji w Jastrzębiu i w Katowicach. Ja starałam się brać udział we wszystkich, żeby mieć możliwie jak największy zasób informacji na temat tego co się dzieje. Poza tym ciągle trwały represje, więc w ramach KH, również informacje na ten temat zbierałam. Potem trochę zaangażowałam się w prace Komitetu Obywatelskiego przed wyborami kontraktowymi z czerwca 1989 roku. Ja z definicji jestem przeciwko takim zgniłym kompromisom i dlatego nie poszłam głosować. Chodziło mi tylko o to, aby pomóc niezorientowanym ludziom, którzy nie wiedzieli na kogo mają głosować.
Potem utrzymywałam kontakty z ludźmi związanymi z Jastrzębiem. Mieszkałam już wtedy w Katowicach i często odwiedzali mnie różni ludzie np. A. Pietrzyk czy J. Golec. Czasami przyjeżdżali po poradę, a czasami tylko po to, aby pogadać.
Z perspektywy lat muszę i siebie, i swoją działalność, i sytuację w kraju ocenić w taki sposób, że ja życiowo nic na tym wszystkim nie zyskałam. Nawet nie mogłam wrócić na uczelnię, bo po 1989 roku na uczelniach nie przeprowadzono weryfikacji i rektorem na Politechnice Gliwickiej gdy ja starałam się o przywrócenie mnie do pracy był człowiek, który zwalniał mnie z pracy i nie pomogła nawet interwencja ministra oświaty. No, cóż? Działałam, bo musiałam, bo tak mi kazało sumienie. Jeśli idzie o Polskę, to mamy niby wolny kraj, ale mentalność, którą ukształtowała w Narodzie Gazeta Wyborcza, nie pozwala patrzeć w przyszłość ze zbyt dużą nadzieją.


Opracowanie:  Mirosław Śliwa, Andrzej Kamiński.
 




Teresa Brodzka
powrót »