Relacje


powrót »


 „Rzeczywistość jest do wytrzymania (...)
Dociera do nas w ułamkach zdarzeń,
w strzępach relacji…”
Z. Nałkowska 

 

Jako czternastolatek widzę tłum demonstrujących stoczniowców, którzy idą z transparentami w kierunku Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Szczecinie. Milicja, wojsko, warkot skotów. Na ulicy leży przewrócony, płonący gazik milicyjny. Mam opuchnięte oczy od gazu łzawiącego. To moje pierwsze bolesne zetknięcie z działaniem peerelowskiego aparatu przemocy. Według oficjalnych danych w mieście zabito wówczas trzynaście osób, ale znajomy ojca, Marian Jurczyk, przywódca strajku w stoczni, już wtedy twierdzi, że ofiar było znacznie więcej.

*

Po maturze wyjechałem na studia do Krakowa. Atmosfera na uniwersytecie była politycznie gorąca, ponieważ upłynęło zaledwie kilka miesięcy od wydarzeń w Radomiu i Ursusie. Ich rezultatem było powstanie Komitetu Obrony Robotników.
Na początku maja 1977r. zostaje zamordowany przez „nieznanych sprawców” student piątego roku mojego wydziału, Stanisław Pyjas. Jego ciało znaleziono w bramie kamienicy przy ulicy Szewskiej. Pyjas był współpracownikiem KOR-u i nikt nie ma wątpliwości, że ta śmierć jest dziełem Służby Bezpieczeństwa. Jego koledzy wzywają do bojkotu Juwenaliów. W bazylice oo. Dominikanów zostaje odprawiona żałobna msza św., w której uczestniczy ok. trzy tysiące studentów, także spoza Krakowa. Po mszy ruszamy w kierunku Szewskiej. Pochód prowadzą Mirosław Chojecki i Paweł Bąkowski z Uniwersytetu Warszawskiego, ja i jeszcze trzech innych studentów z UJ.
Jacyś mężczyźni dyskretnie fotografują, ktoś filmuje (później się okaże, że to fiński dokumentalista Jarmo Jaskelainen), a za nami rośnie tłum. Na Szewskiej jest nas już ok. pięć tysięcy. Wieczorem marsz pod Wawel. Tam Bronisław Wildstein ogłasza powstanie Studenckiego Komitetu Solidarności.
Wkrótce dowiedziałem się, że mam być relegowany z uczelni, ale zdaję egzaminy, jakby nic się nie stało. Dopiero od niedawna wiem, że ówczesny rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, profesor Mieczysław Karaś, oparł się naciskom SB i nie skreślił studentów zidentyfikowanych podczas „czarnego marszu”.
Przestrzeń wolności poszerzamy, chodząc do „beczki” u Dominikanów, prowadzonej przez ks. Jana Kłoczowskiego. Tam po raz pierwszy słucham Stefana Kisielewskiego. W mieszkaniu Bogusława Sonika na ulicy Floriańskiej odbywają się wykłady Towarzystwa Kursów Naukowych. Przyjeżdżają tam m.in. Leszek Moczulski, Jacek Kuroń i Adam Michnik. Na akademickie msze św. chodzimy do kolegiaty św. Anny. W klubie literatów na ulicy Krupniczej spotykamy się z Janem Józefem Szczepańskim i Wisławą Szymborską.

*

W listopadzie 1977r. SKS inicjuje akcję przeciwko ograniczeniom dostępu do niektórych dzieł literackich i historycznych. Za przyczyną cenzury w Bibliotece Jagiellońskiej nie udostępnia się studentom książek, które znalazły się na „czerwonym indeksie”. Są tam m.in. dzieła Gombrowicza, Miłosza, Hłaski, Wierzyńskiego.
Ulotki z protestem w sprawie „resów” roznoszę z kolegą z roku, Jerzym Pawełczykiem. Czynimy to m.in. w budynku „Jagiellonki”, gdzie mamy wątpliwą przyjemność rozmowy z współautorem „czerwonej listy”, dyrektorem biblioteki, profesorem Władysławem Serczykiem, który tłumaczy nam, że książki oznaczone „res. spec.” są wrogie ideologicznie i politycznie, a w rezultacie antypolskie (?!). Opadają nam ręce… Kilka dni później Bronisław Wildstein i Liliana Batko zanieśli temuż profesorowi apel do pracowników naukowych w sprawie udostępnienia studentom „resów”. Im też ręce opadły.
Drukować chodzę do domu studenckiego Akademii Górniczo-Hutniczej przy ulicy Reymonta. Pracujemy nocą w jakiejś nieczynnej łazience. Pomysł powielacza białkowego przywiózł z Warszawy od Mirosława Chojeckiego, twórcy Niezależnej Oficyny Wydawniczej, Andrzej Mietkowski. W tamtym czasie był to rewelacyjny sprzęt. Na jednej matrycy można było odbić nawet 1000 stron.
Znaczna część kadry uniwersyteckiej zdaje się nam sprzyjać. Gorzej jest w Akademii Górniczo- Hutniczej i Akademii Rolniczej. Niektórzy koledzy mają problemy z ukończeniem studiów ( m.in. Zbigniew Skóra i Ziemowit Pochitonow, relegowany z uczelni tuż przed obroną pracy magisterskiej). W jego sprawie prowadzimy akcję protestacyjną. Kleję ulotki w akademiku UJ „Żaczek”, ale przypomina to syzyfową pracę, gdyż już po chwili znikają one za sprawą aktywistów Socjalistycznego Związku Studentów Polskich.

*

Po latach okaże się, że krakowska Służba Bezpieczeństwa wiedziała o nas prawie wszystko. Jeden z czołowych działaczy SKS-u, Lesław Maleszka i szef podziemnej poligrafii, Henryk Karkosza to TW „Ketman” i TW „Monika”. Mniejszych agentów było co najmniej kilkunastu. Potwierdziła to także moja „dokumentacja”, którą otrzymałem z Instytutu Pamięci Narodowej
Tak więc nasz, jak to później określono, „bunt w imperium fikcji, kłamstwa i zbrodni” był kontrolowany przez komunistów.

*

W kraju ”Solidarność”, a ja w wojsku. Trzy miesiące w szkole podchorążych rezerwy, potem w jednostkach liniowych - pułku pancernym i piechocie zmechanizowanej.
Ludowe Wojsko Polskie zupełnie nie nadawało się do wygrania żadnej wojny. Transporter opancerzony, którym „dowodzę” na poligonie forsuje rzekę, wjeżdżając w nią tylko przednimi kołami. Dalej nie może, bo się utopi i trzeba będzie wołać pomoc.
To samo wojsko, jak się wkrótce okazało, wystarczająco nadaje się do pacyfikacji strajkujących zakładów pracy.
Od wiosny 1981 r. ( po wydarzeniach w Bydgoszczy i zamachu na papieża) jesteśmy pewni, że Jaruzelski wyprowadzi nas z koszar na ulice. Wraz z kolegami kombinujemy, co wtedy zrobić? Odmówić i dać się zamknąć? W październiku problem znika, bo wypuszczają nas do cywila.
13 grudnia na ulice wyjadą koledzy z następnego poboru.

*

Do Jastrzębia wracam tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. I Liceum Ogólnokształcące, w którym zacząłem pracę, miało opinię „czerwonego”. Była tam liczna Podstawowa Organizacja Partyjna PZPR, ale też i liczne koło „Solidarności”.
Po 13 grudnia 1981 r. z faktem delegalizacji związku nie zgodzili się tylko nieliczni i przyjęli różne formy oporu wobec narzuconej sytuacji.
Na początku 1982 r. Komitet Miejski PZPR organizuje zebranie nauczycieli, na którym są oni szkoleni na temat prawa stanu wojennego. Nie biorę w tym udziału. Prowadzę lekcje.
Innym sposobem wyrażenia sprzeciwu, jaki przyjąłem zanim jeszcze pojawił się pomysł z opornikami, było noszenie znaczka ”S”, a następnie czarnej krepy w klapie marynarki.



*



*

Gdy w kwietniu 1982r. zostaje aresztowana Helena Sopel, wraz z Tadeuszem Szyszką, Gerardem Pielczykiem, Edwardem Czaplą, Henrykiem Orlińskim, Stanisławem Plantą (przepraszam, jeśli o kimś zapomniałem) zbieramy pieniądze na opłacenie czynszu za jej mieszkanie.
Po pół roku zdecydowała się tam zamieszkać nasza koleżanka, Aldona Rok i odtąd ona je utrzymywała, aż do powrotu Heleny.

*

W sierpniu 1982 r. ginie w tajemniczych okolicznościach wraz z żoną mój kolega z dzieciństwa, Adam Jurczyk. Zabójcy znowu są nieznani. Jadę do Szczecina na pogrzeb. Na Cmentarzu Centralnym tysiące ludzi. Esbecy przywożą z więzienia ojca zamordowanego. Po zakończeniu uroczystości żałobnych wpychają go do samochodu i szybko odjeżdżają w obawie przed naciskającym tłumem.
Wraz z kolegami prowadzimy milczący pochód przez miasto w kierunku Komitetu Wojewódzkiego PZPR. W jego okolicy, w bocznych ulicach widzimy oddziały ZOMO, ale nie atakują. Rozchodzimy się do domów.

*

W 1983 r., tuż po „zniesieniu“ stanu wojennego, poznaję Zbigniewa Wachowca. Ma pomysły i chce działać. Wraz z nim i jego środowiskiem kontynuujemy zbiórkę pieniędzy na pokrycie mandatów i grzywien nakładanych przez Kolegium ds. Wykroczeń za „zakłócanie porządku publicznego”. Później przekazujemy też pieniądze na utrzymanie rodziny Lecha Osiaka w czasie jego uwięzienia.

*

Jesienią 1983 r. oficer Służby Bezpieczeństwa , były uczeń I LO, w którym pracuję, ostrzega mnie przed usytuowanym w szkole TW. Zagrożeni są też G. Pielczyk, E. Czapla i S. Planta.
Stajemy się ostrożniejsi, zwłaszcza po mojej wpadce z omawianym na lekcji opowiadaniem Stefana Żeromskiego „Na probostwie w Wyszkowie”, które nieopatrznie zostawiłem w dzienniku lekcyjnym oraz „aresztowaniu”, za pomocą łańcucha przewleczonego przez klawiaturę, szkolnej maszyny do pisania , na której powstawały „polityczne” teksty wieszane w pokoju nauczycielskim przez „Jaksę”.
Szukamy bezpiecznego miejsca dla naszych „nielegalnych” książek, których najwięcej ma G. Pielczyk. Esbek godzi się przechować je w swoim mieszkaniu.
Ten sam człowiek po jakimś czasie przekazuje mi służbowy zeszyt z instrukcją 006/70 w sprawie pozyskiwania tajnych współpracowników SB. Za pośrednictwem L. Osiaka zastaje ona przekazana strukturom wrocławskiego podziemia. Kopia zostaje u nas.
W listopadzie pojawia się jeszcze raz z informacją o tym, że w kościele „na górce”, w otoczeniu księdza Bernarda Czerneckiego działa agent. Jego celem ma być umożliwienie przechwycenia przez SB mającej dotrzeć z Gdańska tablicy pamiątkowej poświęconej pomordowanym na „Wujku ” górnikom. Poprzez znajomego księdza z kościoła w Zdroju, Wacława Machurę, doprowadzam do spotkania w moim mieszkaniu esbeka z prałatem.
Wkrótce dowiadujemy się, że z Gdańska wieziono na Śląsk dwie tablice. Ta, która miała trafić do Katowic, została przechwycona przez SB. Druga dotarła do Jastrzębia i została umieszczona w kościele NMP Matki Kościoła. Zdaniem ks. Henryka Białasa był to cud.
Tego oficera niedługo zwolniono ze służby. „Wsypy” nie było, ale musiał stracić zaufanie zwierzchników.

*

Latem 1984 r. kontrolujemy przebieg wyborów do Miejskiej Rady Narodowej. Akcja ta jest częścią inicjatywy, która ma charakter ogólnopolski. Jej celem jest wykazanie rzeczywistej frekwencji wyborczej. Od czterdziestu lat bowiem peerelowska propaganda chwali się wynikiem oscylującym wokół 95%.
Kilka dni wcześniej rozprowadzamy w mieście ulotki, wydrukowane przez Adolfa Kaczkowskiego, uświadamiające, że sam fakt pójścia do urn jest na rękę komunistom. Z powodu ograniczonych możliwości (wtedy cała „konspira” to kilkunastu ludzi) posługujemy się metodą statystyczną, opracowaną przez zespół Konrada Bielińskiego w TKK w Warszawie, polegającą na liczeniu wyborców w różnych punktach miasta, o różnych porach dnia. M.in. L. Osiak jest przed lokalem wyborczym w SP 6 na ulicy Śląskiej, ja przed ZSZ na ulicy Staszica, a Z. Wachowiec przed I LO. On też zbiera dane ze wszystkich punktów i przez L. Osiaka przekazuje je do Wrocławia.
Władza wiedziała o akcji, więc nie była już tak bezczelna w kłamstwie. Według oficjalnych informacji na wybory poszło 74,5 % uprawnionych do głosowania, zaś z naszych obliczeń wynikało, że frekwencja niewiele przekroczyła 60%. Byliśmy jednak rozczarowani i tym wynikiem, gdyż świadczył o wciąż dużym stopniu zniewolenia społeczeństwa.

*

Od wprowadzenia stanu wojennego trwa bojkot telewizji. Aktorzy jeżdżą po kraju i występują w parafiach i mieszkaniach prywatnych. Na początku listopada 1984r. do Jastrzębia Katarzynę Łaniewską wraz z towarzyszącym jej wykonawcą poezji śpiewanej (nie pamiętam już czy Jana Kelusa, czy Jacka Kaczmarskiego) ściąga, dzięki swoim wrocławskim kontaktom, L.Osiak.
Spektakle odbywają się w, o ile dobrze pamiętam, trzech mieszkaniach. Publiczność za każdym razem liczy ok. 20 osób. Łaniewska recytuje wiersze z „Raportu z oblężonego miasta” Zbigniewa Herberta, tomu poezji dopiero co wydanego przez Instytut Literacki w Paryżu i natychmiast przedrukowanego w kraju przez NOWĄ. Śpiewamy też wspólnie, ale tak, żeby nie „zakłócić porządku publicznego”, z uwagi na bezpieczeństwo gospodarzy.
 

*

W kraju kwitnie „drugi obieg” wydawniczy. Dociera do nas coraz więcej książek drukowanych przez oficyny: NOWA, CDN, Myśl, Cis, Signum, Arka, Liberte, Pokolenie, KOS, Wers, Głos, Prawy Margines (wydawnictwo „Solidarności Walczącej”) i wiele innych. Początkowo wymieniamy się zawartością własnych zbiorów, później Z. Wachowiec podsuwa pomysł stworzenia dużego księgozbioru zlokalizowanego w jednym, miejscu, co ułatwi zainteresowanym dostęp do konkretnych tytułów.
W połowie 1985r. gromadzimy ok. dwieście książek w moim mieszkaniu. Później przewozimy je do domu przyjaciół w Wodzisławiu. Katalogiem i ewidencją wypożyczeń zajmuje się Henryka Szyszka. Rozprowadzanie polega na tym, że zamówione wcześniej tytuły przywożę do Jastrzębia. Tu, z domu lub ze szkoły, odbierają je łącznicy, zostawiając następne zamówienia. Najczęściej wypożyczany jest „Inny świat” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, „Archipelag Gułag” Aleksandra Sołżenicyna, „Zapiski oficera armii czerwonej” Sergiusza Piaseckiego, „Śmierć komandarma” Borysa Pilniaka.
Po „okrągłym stole” przekazujemy bibliotekę, poszerzoną o ok. sto książek środowiska „Ość”, do Zespołu Szkół nr 1. Tam przez kilka lat służy młodzieży, do czasu uzupełnienia przez drukarnie „czerwonego indeksu”. Teraz jest pod opieką Galerii Historii Miasta.

*

W kwietniu1985 r. rozpocząłem współpracę z pismem „Ość”. Teksty odbierał ode mnie łącznik, więc nie wiedziałem, że jej wydawcą był znany mi skądinąd Romuald Bożko.
Z ważniejszych miejskich „newsów”, które tam zamieszczam, pamiętam aresztowanie i proces Lecha Osiaka i Ryszarda Młynarczyka, zakup na polecenie wojewody katowickiego potrzebnych jastrzębskiej milicji „płotków antytłumowych”, „wybór” towarzysza Leszczyńskiego na I sekretarza Komitetu Miejskiego PZPR, domaganie się na jednym z zebrań POP PZPR KWK „Manifest Lipcowy” aresztowania prałata Bernarda Czerneckiego, wezwanie do bojkotu oficjalnego pochodu pierwszomajowego i zaproszenie ludzi na tzw. „ manifestację gliwicką”. To ostatnie wydarzenie poprzedzamy akcją ulotkową pod hasłem: maszerując w pochodzie legitymizujesz władzę „czerwonych”.
Czas biegnie i zaciera fakty. Niezbędne jest jak najszybsze opracowanie monografii pisma „Ość”, jedynego, które ukazywało się w Jastrzębiu przez cały okres „konspiry”.

*

W atmosferze szarzyzny, ogólnego marazmu i biedy panującej w kraju wielu kolegów wybiera życie na Zachodzie. Do Berlina Zachodniego ucieka mój brat. Na wakacje 1987r. jadę do niego, bo załatwił mi pracę na jakiejś budowie. Zajęcie ciężkie i brudne, ale w ciągu miesiąca zarabiamy tyle, ile przez trzy lata w PRL. Spotykam tam Mieczysława Kniazia, szefa „Solidarności” w szczecińskiej „Danie”, zmuszonego do emigracji w 1982 r. Mówi mi wówczas, że wróci do Polski dopiero wtedy, kiedy tak samo zostaną potraktowani komuniści. Mietek nie wrócił i już nie wróci.
Lato 1988r. spędzam również w Berlinie. Znowu na budowie. O wydarzeniach w kraju wiem z radia.
Wracam 1 września. Z opowiadań kolegów dowiaduję się o kluczowej roli, jaką w podtrzymaniu gasnącego sierpniowego strajku odegrali Marek Bartosiak i Lech Osiak.

*
 

Miało być nareszcie normalnie, a wyszło jak zwykle w Polsce.
Komuniści i ich satelici weszli w banki i biznes. W tzw. Komitecie Obywatelskim „Solidarność”, organizującym pierwsze wolne wybory samorządowe, działaczy podziemia niepodległościowego można było policzyć na palcach jednej ręki. Niektórzy nie uznali magdalenkowej „wolności na 35%”, inni wcześniej wyemigrowali. Na ogół nie zostali beneficjentami demokratycznych przemian w kraju. Bo nie o to przecież chodziło.
Ale to już zupełnie inna historia…

Źródło: Nasza Solidarność Jastrzębie Rok 1988

 




Mirosław Swatek
powrót »