Relacje


powrót »
Nie macie tu nic więcej do szukania

O stanie wojennym dowiedziałem się w domu; powiedzieli mi koledzy. Po krótkim czasie zatelefonowano z kopalni, że mam się stawić w zakładzie. Myślałem jeszcze, że chodzi o sprawy zawodowe. Tam się też dowiedziałem, co przeżyli niektórzy koledzy.
Po naszego przewodniczącego, Bożka, przyszło trzech albo czterech facetów, a jeden z nich stwierdził, że ma dla niego telegram. Bożek był na imieninach u kogoś i później niż zwykle kładł się spać. Ktoś zadzwonił. Jak stał w spodenkach, otworzył drzwi, i zaczęło się. Wyciągnięto go z mieszkania i nieubranego ciągnięto jak prosiaka po schodach z piątego piętra na dół. Narobili krzyku i on, i żona. Sąsiedzi wylecieli na klatkę, zobaczyli, co się dzieje i odbili Janka. Kiedy go uwolniono, zadzwonił do dyrektora Świrerskiego, naczelnego inżyniera, powiedział, co się stało, i wysłano po niego samochód służbowy. Janek pojechał na kopalnię. Była to godzina około wpół do trzeciej w nocy. Po drodze zabrał jeszcze Jurka Mnicha. Ale w drodze esbeki rozpoznali Jurka, no i nastąpiła pogoń fiata za nyską towosem. Gonili ich z Turystycznej aż pod kopalnię.
Naczelny inżynier zarządził, żeby kierowca jechał na pełnym gazie (brama była zamknięta, to znaczy szlaban opuszczony), a jeśli się nie odczepią, to miał rozwalić szlaban i na kopalnię uciekać. Inżynier sam nie wiedział, co jest grane, mimo iż był na kopalni komendantem ORMO. Kiedy zadzwonił na komendę to mu naubliżano. Powiedziano, żeby się nie pchał tam, gdzie nie trzeba.
Tak się zaczęło to wszystko w stanie wojennym. Była niedziela, trzynasty, trzynasty grudnia.
Z dwunastego na trzynastego grudnia, to jest z soboty na niedzielę, nocna zmiana normalnie pracowała; rano górnicy wyjechali z dołu, nie wiedząc o niczym. Część została na kopalni, zainteresowana tym, co się stało. Co jest grane?
Nie wiedzieliśmy, co robić ze sobą, co robić z tymi ludźmi, którzy pozostali na kopalni. Nikt nie nakłaniał nikogo do zostania. Nikt nikomu nie obwieszczał, że jest strajk czy coś podobnego. A jednak zostawano. A kiedy górnicy dowiedzieli się, że na jakiejś kopalni SB i MO zgarnęło całe prezydium Solidarności, postanowili zamknąć nas w jakiejś salce, by uchronić przed każdym obcym. Odtąd poruszaliśmy się po terenie kopalni tylko z obstawą, ale w większości byliśmy odizolowani od ludzi pozostających w cechowni i na placu.
Natomiast w poniedziałek rozgrywało się wszystko już inaczej. Górnicy poprzyjeżdżali, ale nikt nie zjechał na dół. Przeciwko komu jest stan wojenny? Tego nikt nie umiał pojąć. To były pytania, na które myśmy też nie umieli odpowiedzieć. Żądano wyjaśnień, domagano się przyjazdu Leszka Waliszewskiego, przewodniczącego Regionu. Kiedy dyrektor zorganizował masówkę, nikt nie mówił o strajku, ale zaczęto spisywać żądania na kartkach. Domagano się w nich przede wszystkim odwołania stanu wojennego i wyjaśnienia, przeciwko komu został zarządzony.
Odtąd sprawy zaczęły się toczyć jakby automatycznie. Nagle zjawił się komisarz, o którym żeśmy nie wiedzieli, co to za figura. Dopiero objaśnił nam, że jest pełnomocnikiem rządu, który przejmuje władzę na kopalni. Zaczęły się rozmowy naszego prezydium już zawieszonego Związku z nim, które do niczego zresztą nie doprowadziły. Myśmy nie rozumieli jego i intencji rządu, którego był przedstawicielem, on nie rozumiał nas. Pamiętam, że ktoś zapytał tego człowieka w mundurze, a był to bodajże major, czy jeżeli dostanie rozkaz strzelania, to będzie strzelał do tego, który jest bezbronny? Komisarz milczał. Ale to oznacza zgodę, czyli odpowiedź nasuwa się sama: strzelałby!
We wtorek rano przypuszczenia te się potwierdziły. Pierwsze strzały padły jeszcze sprzed portierni. Przestrzelono ją na wylot. Komu zagrażał ten ktoś, do kogo strzelali umundurowani ludzie z zewnątrz kopalni? Jeśli ktoś ich napastował tam na zewnątrz, to tam należało strzelać. A cała załoga była na terenie kopalni. Byli wprawdzie gapie, zainteresowani tym, co się dzieje, ale o wiele dalej, na wałach wokół kopalni, między nami a nią natomiast była masa zomowców i tych z bezpieki. Tam wśród tych barbarzyńców nie było już możliwości kręcenia się.
Jak można strzelać do bezbronnych ludzi?! to było polowanie na kaczki…
Najpierw zaczęli strzelać do nas pociskami gazowymi. I bez powodu!!! Nie było żadnej walki wręcz. Nic, cisza, żadnych rozmów, ludzie od poniedziałku siedzieli na kopalni, niedzieli nie można liczyć, było tego wówczas około setki chłopa, czego na takim zakładzie dużym jak kopalnia nie widać nawet, ale już od poniedziałku zostawały zmiana po zmianie. Nagromadziło się parę tysięcy ludzi. To już była masa. Kiedyśmy dostali informację, że inne kopalnie na Jastrzębiu porozwalali po kolei, załoga powychodziła z wszystkich zakamarków na plac. I wtedy oni chyba dostali rozkaz: „Nacierać!”.
Ludzie, gdy zaczęły padać pociski gazowe, poczęli się bronić, to znaczy barykadowano bramy tym, co było dostępne: przyczepami, sprzętem ciężkim na gąsienicach. Ale oni załatwili się z tym bardzo szybko, po prostu staranowali barykady czołgiem. Dlaczego, nie umiem znaleźć odpowiedzi. Nie było przecież żadnych poważniejszych rozmów, nie było apelu, żebyśmy opuścili kopalnię. Rozmowy takie wywiązały się później, kiedyśmy wystąpili z interwencją o przerwanie akcji, widząc, że strzelali do nas jak do kaczek, że chcieli zrobić masakrę.
Moment, gdy czołg po staranowaniu bramy wjechał na kopalnię, był okropny. Cofałem się tak jak inni i zauważyłem, że jedna z tych świń w mundurze, tak bez żadnego widocznego zagrożenia odgarnęła połę kurtki i strzelała. Widziałem jak padło dwóch kolegów. Przy wycofywaniu się upadłem i ujrzałem jadący wprost na mnie czołg. Był około pięciu metrów ode mnie. Przez głowę przemknęła mi myśl, że to już koniec. Wtedy ktoś mnie podniósł i usunął z drogi. Nie wiedziałem nawet, kto to był. Później się dopiero dowiedziałem. Uratował mi życie kolega, Jurek Zarembski.
Ale po co oni strzelali? Przecież nikt im nie zagrażał. Górnicy się do nich nie zbliżali, bo się w jakiś sposób bali. Do dziś ludzie przechowują tamte pociski, które są namacalnymi dowodami, jak z nami „rozmawiano”. W szczelinach podwójnych szyb w łaźniach leżało sporo tych nabojów.
Byli ranni. Jedenastu postrzelonych! Nie wszyscy ich widzieli, ale wśród tych, którzy znaleźli się bliżej nich, wytworzyła się panika: „Co z nami będzie? Co dalej?” – pytano w kółko. Zagubieni górnicy szukali kogoś, kto by ich poprowadził, czy do boju, czy do odwrotu, lub pomógł im zakończyć to wszystko. Załoga była zdezorientowana i zaczęła działać, walczyć pod wpływem czystego instynktu samozachowawczego. Walki trwał ponad półtorej godziny, od godziny dziesiątej czterdzieści prawie do wpół do pierwszej. Ludzie bronili się jak umieli; łapali, co było pod ręką: style od łopat i kilofów, i bronili się w walce wręcz, jaka się wywiązała na kopalni.
Gdzieś około godziny dwunastej we dwóch z kolegą obserwowaliśmy z najwyższego punktu kopalni, z zakładu przeróbczego, toczącą się walkę i wtedy dopiero się zorientowaliśmy, jaką potęgą dysponuje druga strona. Całą kopalnie otoczono jednostkami pancernymi: były to czołgi i lekkie pojazdy zmechanizowane, również opancerzone. Dalej, ja wiem… około sześćdziesięciu autobusów pełnych ZOMO, ORMO, ROMO, tego wszelkiego… lepiej ich nie nazywać. Bo to nie byli ludzie. Do nich nie docierało nic. Jak się ktoś do nich odzywał, nie reagowali. Obłędne oczy, patrzyli jak koń z klapkami tylko w jedną stronę, żeby tylko móc wkroczyć do akcji.
Gdy zdaliśmy sobie z kolegą sprawę z siły tamtej strony/ doszliśmy do wniosku, że musimy spowodować przerwanie akcji. Wprawdzie całe prezydium naszej Solidarności przebywało na terenie kopalni, ale nie funkcjonowało normalnie. Widząc tych rannych ludzi (widziałem w stacji ratowniczej człowieka z rozwalonym brzuchem, któremu lekarz ręcznie tamował krew, chroniąc go przed niechybną śmiercią z upływu krwi), nie znajdowałem sensu w dalszym oporze. Podjęliśmy decyzję razem z kolegą, bez konsultowania się z resztą prezydium. Zatelefonowaliśmy do dyrektora kopalni, a potem do zjednoczenia, domagając się interwencji u głównodowodzącego akcją, żeby ją przerwał. Chcieliśmy jeszcze wtedy rozmawiać, ale usłyszeliśmy w odpowiedzi, że nie godzą się na żadne rozmowy, że mamy ustąpić z kopalni i że nie ma mowy o jakichkolwiek pertraktacjach. Tak przynajmniej przekazywał nam ich stanowisko dyrektor Grzywa. Zgodziliśmy się z tym i wtedy dyrektor kopalni powiedział, że ogłosi przez radiowęzeł, gdzie ludzie mają się zgrupować i czekać. Dyrektor zjednoczenia, w którym mieścił się cały sztab dowodzący akcjami na wszystkich kopalniach, stwierdził, że jest bezsilny.
Po jakichś dziesięciu minutach odezwał się w megafonie dyrektor Grzywa i polecił, żeby ludzie zebrali się na placu drzewnym, koło magazynu odzieżowego.
Tam właśnie rozegrała się największa walka wręcz między oddziałem ZOMO i broniącymi się górnikami. Z jednej strony natarł czołg, z drugiej jakiś pojazd pancerny. Na placu stał wóz kopalniany, wypełniony po brzegi nożami kombajnowymi. Jeden taki nóż waży około półtora kilograma. Rzucając nimi, ludzie bronili się przed zomowcami, a tamci nacierali z pałkami w ręku, osłonięci tarczami plastikowymi. Ze wszystkich stron strzelano nabojami z gazem łzawiącym, który roznosił się po całej kopalni. Gaz był wszędzie – we wszystkich pomieszczeniach, i wypierał ludzi zewsząd. Nie dało się w ogóle normalnie oddychać ani patrzeć.
Tan, na ten plac, przyszedł dyrektor i poinformował ludzi, że „wasi koledzy dzwonili, żeby przerwać akcję”. Był to okropny moment. Nastąpił jakiś ogromny stan depresji, załamania. Nie wiedzieliśmy, ludzie nie wiedzieli, co z sobą począć. Było to dla mnie coś bardzo przygnębiającego, coś strasznego, było to tak, jakby komuś bliskiemu wydarzyła się katastrofa życiowa, jakby zmarł ktoś najbliższy. Była to tragedia.
Pobitych było ponad trzydziestu. Trudno dokładnie stwierdzić, jako że uciekano się do różnych sposobów, żeby ukryć dokładniejsze dane. Robiono nawet tak, że w szpitalu na przykład rejestrowano nazwisko, imię i adres prawidłowo, natomiast zmieniano nazwę kopalni. Znam człowieka, który przebywał ranny w szpitalu górniczym w Jastrzębiu. Nazwisko i adres w książce widziałem, natomiast kopalnię podano inną. Później z listy zrobionej przez członków Solidarności służby zdrowia, dowiedzieliśmy się, że rannych było kilkudziesięciu.
Główną masę stanowili jednak pobici, którzy nie znaleźli się w szpitalu – ich było naprawdę mnóstwo. Przecież oni nie patrzyli, kogo i jak biją. Przecież te pałki, te metrowe – przecież to jest zgroza…! Odczułem je na własnym ciele. Potrafi zwalić z nóg najpotężniejszego chłopa. Jedno uderzenie w nogi czy gdzie – on tam nie patrzał. A jak ściągnie przez plecy, to siądziesz, choćbyś nie wiem jak był odporny. Miałem się o tym przekonać niebawem, gdy mnie zabrano.
Ludzie zaczęli opuszczać kopalnię około pierwszej, trwało to może do godziny drugiej; autobusy czekały na załogę. Było piętnastego grudnia, po wypłacie. Masa ludzi przyjechała tego dnia na kopalnię, chcąc wziąć pieniądze przed pracą. Wielu zostało…
W ten dzień nie pracowano. Powiedziano nam, że szesnastego zacznie normalnie pierwsza zmiana, natomiast my mamy rozejść się do domów. Zapewniono też, że nikomu nic nie grozi. Ludzie jednak, jak gdyby przeczuwając, że nas, działaczy, nie zostawią w spokoju, pocieszali jak mogli. A myśmy wierzyli w to, co nam mówiono. O internowaniu jeszcze w ogóle nie wiedzieliśmy, a byliśmy przekonani, że przypadek, jaki miał miejsce z naszym przewodniczącym, był j e d y n y.
Każdy na swój sposób to wszystko odbierał. Jeden wierzył, inny nie. Większość nie ufała słowom władzy, ludzie uciekali, kryli się, szczególnie że zebranie się najmniejszej trzyosobowej grupki już powodowało interwencję ZOMO. Natychmiast. Nikt z nas nie dysponował ani bronią, ani materiałem wybuchowym, ale dla nich trzy rozmawiające osoby to już była grupa niebezpieczna , bo… mówiło się o nich. Bo taka jest prawda, że się o nich mówiło, o tych bandytach, o tych wszystkich, którzy brali udział w tej brudnej robocie.
Jak oni spojrzą kiedyś historii w oczy? Przecież ich dzieci też będą się tego uczyć. Jak tacy ludzie mogą się zetknąć kiedyś ze mną czy z moim dzieckiem…? A co im powiedzą ci inni jeszcze, których bliscy zostali ranni…? A rodziny zabitych…?
Aresztowania zaczęły się zaraz na drugi, trzeci dzień. Tak. Z miejsca! Niektórych nawet jeszcze tego samego dnia zabrano. Z naszej kopalni akurat nie wzięto nikogo szesnastego grudnia, ale pierwszego – siedemnastego, następnego – dwudziestego grudnia. Mnie zatrzymano później. I o dziwo, zapytali mnie, czemu sam się nie zgłosiłem. Tak! Dlaczego sam się nie zgłosiłem? Gdzie, do kogo, po co? Przecież ja nic nie zrobiłem, nie czułem się wcale winnym. Nie okradłem, nie zabiłem nikogo. Po co miałem się zgłaszać?
Chodziłem normalnie do pracy, to znaczy nie wróciłem już na poprzednie stanowisko, które miałem przed Solidarnością, ale nie przeszkadzało mi to absolutnie, wiedziałem, że to były szykany. Chodziło o to, żebym mniej zarobił i więcej się narobił, ale nic sobie z tego nie robiłem.
Pewnego dnia, w piątek, o godzinie chyba dwudziestej pierwszej z minutami, przyszło do mnie do domu trzech po cywilnemu. Akurat skończył się film w telewizji i mieliśmy się kłaść spać. Ja jeszcze byłem w łazience, gdy ktoś zaczął walić do drzwi! Nie pukać, ale walić!
Żona mi powiedziała, że ktoś przyszedł.
- No, to spytaj się – powiedziałem – kto jest?
- Milicja.
- Jak milicja – mówiłem – to otwórz!
Ubrałem się i wyszedłem z łazienki, a ci już zaglądali do lodówki, do szafy w
przedpokoju. Szukali. No, więc zapytałem, czego sobie życzą, kim są przede wszystkim, bo wszyscy byli po cywilnemu. Jeden z nich wyjął legitymację, nazwiska nie pamiętam, wiem, że był w stopniu porucznika, młody facet. Drugi nie przedstawił się, trzeci też nie. Zapytałem, czy mają nakaż rewizji. Uśmiechnął się głupio i zapytał:
- Czy mam go zaraz panu wypisać?
Widząc, że jest na to przygotowany, że ma in blanco przygotowane nakazy
aresztowania, powiedziałem, że mi to do niczego nie jest potrzebne. I dodałem:
- Szukajcie, co chcecie. Ja nie mam nic w domu!
Zainteresowali się moimi zdjęciami z czasów Solidarności. Miałem około stu
czterdziestu znaczków Solidarności. Zabrali mi to wszystko. Bez pokwitowania. I drwili jeszcze:
- No, tak, myśmy chcieli zdjęcia robić, to papieru nie było, a oni mieli wszystko.
Po przeszukaniu mieszkania (nic w zasadzie nie znaleźli) powiedzieli mi, żebym się
ubrał, bo pójdę z nimi.
- Po co? – zapytałem.
- Tam się dowiem.
- Ile pieniędzy będę potrzebował? Ile mogę wziąć ze sobą?
- Pięćset złotych wystarczy.
W drzwiach, kiedy się żegnałem z dziećmi i żoną, zapytali mnie, czy będę uciekał.
Powiedziałem, że tylko idiota by to robił, że dałbym im w ten sposób argument, żeby mi w plecy strzelili.
- Na kopalni strzelaliście, to tutaj też moglibyście – dodałem.
Zaraz po wyjściu z mieszkania już na klatce schodowej załapałem cięgi.
Nie patyczkowali się, bili wszyscy trzej. Po nerkach – wypróbowaną, niezostawiającą śladów metodą. Złapałem się poręczy i zagroziłem, że narobię krzyku.
- Żadnemu z was nie ubliżam, nie stawiam się, więc proszę mnie nie bić – odwoływałem się do nich.
Dali mi spokój – do windy. W windzie – następne razy. Nie sposób było się bronić, bo by mnie albo zabili, albo skatowali jeszcze mocniej. Gdybyśmy byli na otwartym terenie, może potrafiłbym się obronić przed nimi. To byłoby chyba jednak bezsensowne. Podejrzewam, że byłby strzelił jeden czy drugi, czy trzeci – obojętne który; napisano by tylko, że próbowałem uciekać. Im zawsze wiara…
Na dole przy windzie, czekał jeszcze jeden. Trzech było za mało wobec groźnego bandyty, więc zrobili obstawę całą galą. Wsadzono mnie do auta i ruszyliśmy na komisariat. Po drodze mijaliśmy jeszcze jeden samochód. Jadący w nim poinformowali moich oprawców, że jadą dokądś, adresu nie dosłyszałem. Na to jeden z tych, którzy po mnie przyszli, powiedział: „Nie trzeba. My już go mamy”.
Czyli już drudzy po mnie jechali.
Na komisariacie nie mogli się zdecydować, gdzie mnie zamknąć. Jedno pomieszczenie im nie odpowiadało, drugie też nie. Prowadzili mnie tak chyba przez trzy lub cztery pokoje. Zostawiono mnie w końcu na samej górze.
Na biurku leżał pistolet, obok magazynek, dwie pały – duża i mała. Zostawiono mnie tam samego przez około godzinę. Wypaliłem sześć, może siedem papierosów. Wreszcie wszedł facet w rozmemłanej koszuli, w spodniach panterkach, takich ciapki w ciapki. Zażądał, żebym podał mu swoje dane. Na biurku leżał mój dowód osobisty, który zabrali mi jeszcze na dole, więc powiedziałem, żeby sobie stamtąd spisał moje dane, ponieważ ja ze zdenerwowania mógłbym niewyraźnie mówić. Na to ryknął na mnie: „Dane!!!”. Gdy mu je podałem, spojrzał na mnie z nienawiścią:
- Patrz, s…synu – powiedział – gdybym mógł, to bym cię zastrzelił.
Wstałem z krzesła i w ten sposób jak on do mnie zwróciłem się do niego:
- To strzelaj, ty ch…! Na co czekasz? – Rozpiąłem kurtkę, odsłaniając się. – Strzelaj! Na co czekasz!? Strzelaj! – powtórzyłem.
Najwidoczniej chciał mnie tylko postraszyć, wysypał jeszcze ze spodni garść
pocisków na stół, pokazał, że pistolet jest załadowany. Pomyślałem, że może zostawiono mnie tam tak długo samego, żebym sięgnął po tę broń i dał im argument do ręki, żeby mnie zabić. Myślałem teraz, że facet już skończył ze mną, ale pomyliłem się.
Wstał zaczął się przechadzać, ja usiadłem z powrotem na krześle, zapaliłem kolejnego papierosa. I wtedy ni stąd, ni zowąd ściągnął mnie tą dużą pałą przez plecy. Jaki to mógł być ból, to wiem tylko ja; skórzana kurtka pękła od tego uderzenia. Mimo to wstałem, nie panowałem nad sobą. Nie wiem, może mógłbym go nawet zabić. W tym momencie wszedł drugi do środka i powiedział:
- Dawaj go na dół!
Zabrano mnie do celi, kazano rozebrać się do slip, dano dwa koce. Położyłem
się spać oczywiście, na podłodze. Była już godzina trzecia, może wpół do czwartej w nocy. W celi był jeszcze jeden kolega, który już był na „przesłuchaniach” i nie mógł siedzieć, nie umiał się oprzeć – tak go bito. Siedział tam już trzy albo cztery dni. W tej chwili jest w Szwecji. Był jednym z tych, o których wiem, że podłączano ich do prądu. Były to eksperymenty jastrzębskiej milicji, która twierdziła, że prąd najlepiej przywraca pamięć.
Kazano im się kłaść na krześle, głowę wsunąć pod oparcie, ręce opuścić, nogi wyprostować. Wtedy dwóch oprawiało ofiarę tymi dużymi pałami po pośladkach, a trzeci podłączał prąd pod kolanami. Tak przesłuchiwano w Jastrzębiu. Metodę tę stosowano wobec dwóch kolegów z kopalni XXX – lecie. Nie podaję nazwisk, bo może by sobie tego nie życzyli.
Z Jastrzębia zabrano nas do Katowic na Komendę Wojewódzką, zwaną przez nas Pentagonem. Tam zaczął się najkrytyczniejszy okres w moim życiu… Tam się przekonałem dosłownie na własnej skórze, co potrafi PRL – owska władza. Tam zebrałem takie lanie, że nie wiem, czy mógłbym komuś wyrządzić taką krzywdę; musiałby mi ktoś strasznie zajść za skórę, a i to nie znęcałbym się takimi metodami, lecz robiłbym to w sposób, w jaki dwóch mężczyzn może się pobić.
Zaczęło się już w momencie, kiedy wprowadzono nas do aresztu, gdzie musieliśmy się rozebrać do naga, oddać wszystko do depozytu i poddać się osobistej rewizji. Było ich tam chyba ze czterech. Kazano mi zrobić przysiad. Spytałem się:
- Panowie, przecież tu nie ma sali gimnastycznej. Po co przysiad?
- Przysiad!!! – ryknęło dwóch z tyłu. Zrobiłem przysiad.
- Oprzeć się na rękach!
Oparłem się, miałem na palcu obrączkę. Dwóch z nich stanęło mi na rękach, jeden
na jedną, drugi – na drugą, a trzeci kazał mi wstać, co było fizyczną niemożliwością. Gdy mimo prób nie potrafiłem wstać, któryś tak kopnął mnie w tyłek, że poleciałem całym impetem bezwładnego ciała do przodu i wpadłem między regały, gdzie złożony był depozyt ludzi. Szczęście w tym wszystkim, że nie trafiono mnie w przyrodzenie.
Kazano mi wstać i ubierać się, ale ten, który kontrolował moją odzież, nie kładł jej na przygotowanym do tego celu stoliku, tylko rzucał bezczelnie na podłogę. Taka świnia! Żeby się człowiek musiał schylić po nią. Przy każdym pochyleniu się oczekiwałem nowego kopniaka.
Kiedy się ubrałem, wzięto mnie do celi numer pięć. Zimno było, że strach. Mróz był tej zimy niesamowity, a ja w dodatku po nieprzespanej nocy. Był to już następny dzień, gdzieś około szóstej pod wieczór. Nie pamiętam dokładnie czasu, bo głowę miałem zaprzątniętą czym innym. Martwiłem się, co z rodziną, co z dziećmi. Chciałem usiąść, ale tak, żeby móc się podeprzeć rękami na stole. Próbowałem dostawić stołek, okazało się to jednak niemożliwe, bo wszystko było przykręcone do podłogi. Usiadłem sobie na sedesie, żeby się móc oprzeć trochę, choć plecy miałem już tak obolałe… Przyjąłem wreszcie taką pozycję półkuczną, bo nie można się było jednak oprzeć plecami o ścianę, bolały, były tak obolałe, objąłem rękami kolana i tak usnąłem.
Nie wiem, jak długo spałem. Godzinę, może dwie, gdy nagle usłyszałem szczęk zamków u drzwi i polecenie, żeby wstać. Ale siedziałem w takiej pozycji, że zdrętwiałem Nie dało się podnieść. Wtedy ten, który przyszedł po mnie, ściągnął mnie bezczelnie z sedesu. Opadłem jak bezwładny, nogi – zdrętwiałe, ręce – odrętwiałe. Tak długo kopał, nie patrzył gdzie, starałem się tylko odwrócić twarz. Tak długo kopał, aż doszedłem do siebie na tyle, że mogłem wstać. Ile to trwało, nie wiem…
Kiedy wstałem, polecono mi biegnąć. Byłem zrezygnowany po tych kopniakach, o biegu mowy nie było. Niech robią, co chcą, wyszedłem. Tam natychmiast ustawiło się kilka tych… tych świń więziennych i każdego z nas po kolei potrącali. Widziałem, że przede mną byli już nasi. Jedni szli, inni biegli, ja szedłem dość szybko. A tamci nadstawiali barki, żeby człowiek odbijał się od nich jak od ściany. Kiedy się coś powiedziało, to po prostu zawracali, podkładali nogi. Kto im kazał to robić? Gruba czy Jaruzelski, czy jeszcze, cholera wie, jaka świnia?
Znalazłem się w celi, chyba numer 20 albo 21. Gdy tam wszedłem, byłem już dwunasty. Cela o wymiarach może pięć na pięć metrów była przygotowana dla czterech osób – tyle było drewnianych prycz. A nas było już dwunastu. Potem dokooptowano jeszcze czterech, czyli było nas szesnastu w takiej małej celi. To żeśmy spali jak kto umiał, jak kto umiał, jak kto mógł – na podłodze, na własnych ciuchach.
Tak przeszły dwie następne noce. Do jedzenia dawali nam: chleb, margarynę w kostce i czarną kawę z miski – bez kubka… Wody do picia nie mieliśmy; była w kranie, lecz tak gorąca, że chcąc się napić, musieliśmy czekać, aż ostygnie. A misek nam nie zostawiano, żeby tę wodę można było ostudzić. Nie było mowy nawet o umyciu rąk – to był dosłownie wrzątek, którym można było zaparzyć herbatę. Nie można było zębów umyć, nie mówiąc o innych higienicznych potrzebach.
Gorąco było niesamowicie. Szesnastu ludzi w małej celi – wiadomo, jak wtedy jest.
Zmieniło się trochę na lepsze, kiedy na trzeci dzień wzięto część naszej grupy, czterech albo pięciu, do aresztu śledczego na ulicę Mikołowską w Katowicach. Tam się zaczęło troszkę inne życie, to znaczy nie było już tak brutalne jak na komendzie. Tam nas nie bito. Podawano regularne jedzenie, w miarę ciepłe.
Szesnastego kwietnia miał być pierwszy dzień rozprawy, o czym nie zostaliśmy powiadomieni – zgodnie z prawem – co najmniej trzy dni wcześniej, żebyśmy mogli skontaktować się z adwokatem, przejrzeć akt oskarżenia. Innym dawano akt oskarżenia przynajmniej w przeddzień sprawy, myśmy go w ogóle nie dostali. Gdy przyszliśmy na rozprawę, sędzia zapytał nas, czy chcemy rozprawy bez przygotowania. Naturalnie, odmówiliśmy, i przełożono ją o parę dni.
Na sprawie zeznawali po kolei świadkowie. Byli to członkowie Solidarności, ludzie z komisji robotniczej, z tego szerokiego plenum – siedemdziesiątki. Jak się później dowiedziałem, wyciągano od nich zeznania różnymi metodami, ale potem na sprawie mówili tak, jak faktycznie było.
Władza za wszelką cenę chciała zatuszować sprawę strzelania u nas na kopalni Manifest Lipcowy. A było tak, że kiedy nie wyszło im u nas, na Manifeście, zrobili sobie polowanie na Wujku szesnastego grudnia, gdzie padły ofiary śmiertelne. Ponieważ umorzono postępowanie sądowe w sprawie użycia broni palnej na Manifeście, chciano też ukręcić głowę nasze sprawie. Myśmy na tym tyle skorzystali, że żaden z nas nie dostał wyroku. Postępowanie umorzono – z powodu braku dowodów oskarżenia z art. 46.1.2, ponieważ nie udowodniono nam, że zorganizowaliśmy i kierowali strajkiem na kopalni Manifest Lipcowy. Musiano by w takim wypadku oskarżyć całą tam obecną załogę. Uznano, że podlegamy tylko kolegium. Odsiedziane prawie cztery miesiące zaliczono nam w poczet grzywny, którą musieliśmy zapłacić. Koszta postępowania sądowego pokrył skarb państwa.
I w taki sposób znaleźliśmy się na wolności, to znaczy poza więzieniem.
O rodzinie nie wiedziałem nic przez pierwsze trzy tygodnie po aresztowaniu, może nawet dłużej. Z domu zabrano mnie w obecności żony i dzieci, ale kiedy żona dowiadywała się, gdzie mnie wywieziono, nikt nie umiał jej na to odpowiedzieć. Chyba że aż taki bałagan mieli, że faktycznie sami nie wiedzieli. W każdym razie powiedziano po chamsku, że na pewno poszedłem na k… i dlatego mnie nie ma w domu.
Podałem im dwa adresy, mój domowy i matki, żeby zawiadomili rodzinę, że jestem zatrzymany. Moja żona bez mała trzy tygodnie jeździła od Annasza do Kajfasza, z tobołami. Musiała jeszcze czas wygospodarować, żeby coś kupić do jedzenia, coś dzieciom przygotować, zrobić koło nich. Dla siebie często nie miała już czasu, żeby zjeść…
Na pierwszym widzeniu z żoną – przez siatkę (a tego nie zapomnę, bo się nie da) – żona zapytała mnie, czy mnie bito…Po bez mała trzech, czterech tygodniach ja jeszcze nie umiałem prosto stać…! A żona zapłakana patrzy i czeka na to, co powiem. Powiedz jej teraz, że cię bito…Weź ją i jeszcze dobij! Powiedziałem oczywiście, że nie. Nie mogłem inaczej.
W pracy potraktowano nas wszystkich – jak sądzę – jednakowo. Mnie pozbawiono kartek żywnościowych. Ale tu już nie chodziło o mnie, bo mnie nie było, ale mogli je chociaż przesłać – bo wiedzieli, gdzie – dla dzieci. Dzieci są niewinne. Zatrzymano wszystkie kartki – nie dano nic! Wtedy ludzie zaczęli żonie pomagać, zupełnie postronni. Ale byli też tacy, którzy odwrócili się od mojej żony, od mojej rodziny, bali się wręcz wsiadać z nią do windy, bo mąż siedział. Ale sporo było takich, którzy pomogli. Przykro było rozstawać się z nimi. Takich ludzi brakuje…
W pierwszym dniu po wyjściu z aresztu pojechaliśmy złożyć hołd pamięci Solidarności, udając się pod pomnik, który postawiliśmy u nas na kopalni w pierwszą rocznicę sierpniowego protestu ludzi pracy Śląska i Zagłębia. Jest to pomnik, chyba trzeci w kraju, który upamiętnia szczęście zaprotestowania przeciwko reżimowi. Były to trzy słupy wyobrażające trzy główne miasta, w których podpisano porozumienia: Gdańsk, Szczecin, Jastrzębie, z herbami tych miast. Znajdujący się u podnóża odlany z brązu napis: SOLIDARNOŚĆ, władza PRL – owska wyrwała w czasie stanu wojennego. Była też płyta, a na niej wyryte wszystkie zakłady – sygnatariusze porozumienia jastrzębskiego – wymowny znak, że na Śląsku ludzie też nie chcieli pozwolić dłużej się ujarzmiać.
Komisarz kopalni potraktował nasze przybycie pod pomnik jako rozróbę, jako manifestację, wrogą demonstrację. Ponieważ musieliśmy się zgłosić do zakładu pracy, zarządzono, że nie wolno nam się poruszać po jego terenie bez obstawy straży przemysłowej. Odebrano nam stałe przepustki. Odtąd mogliśmy chodzić tylko ze strażnikiem. Znaliśmy się przecież z nim, każdy z nas wiele lat przepracował na tej kopalni, toteż taka sytuacja była dla niego bardzo niezręczna. Tłumaczył się: „Ja nic za to nie mogę, ja mam taki obowiązek, muszę chodzić z wami”.
W żaden sposób nie chciano nas zatrudnić w kopalni, do czego mieliśmy pełne prawo, również w rezultacie umorzenia postępowania sądowego. Mało tego, mieliśmy dostać pełne odszkodowanie za wszystko. Pozbawiono nas tymczasem trzynastej i czternastej pensji, na które żeśmy zapracowali. Uznano, że w naszym przypadku dni czternasty i piętnasty to były bumelki. Musieliby podobnie zrobić z całą załogą. Na to jednak zabrakło im odwagi.
Utkwiła mi w pamięci z tego czasu charakterystyczna rozmowa z komisarzem kopalni, którego jeden z nas zapytał, co mamy teraz począć z sobą, co robić?
- Ja nie mogę wam pomóc – usłyszeliśmy.- Ja mam żonę i dzieci.
Wtedy nie wytrzymałem i zapytałem:
- A ja nie mam żony i dzieci? Jaka jest różnica między nami? Jaka? Więc czego się pan boi?…
W sumie trzech z nas pracy nie dostało. Były przewodniczący, Bożek, otrzymał ją
bardzo szybko – już w czerwcu. Na innej kopalni, co prawda, ale dostał. Nam oferowano początkowo zatrudnienie w Miejskim Przedsiębiorstwie Gospodarki Komunalnej, potem w Zakładzie Gospodarki Mieszkaniowej, a już w połowie maja nie proponowano nam żadnej pracy. Dla nas jej nie było. Inaczej mówiąc, dawano nam do zrozumienia: „Nie macie tu nic więcej do szukania!”.
Bardzo szeroko i głośno mówiło się, żeby Solidarność emigrowała z kraju… Można emigrować, tylko kto potrafił nam powiedzieć, co czeka nas na tej sławetnej emigracji, obojętnie gdzie. Nikt. Była to gra w ciemno. Był to wyjazd z rodziną w niewiadome.
Nikt z nas nie był już młodziutki. A ja uważam i twierdzę, że dorosłego drzewa nie powinno się i nie da się przesadzić. Wcześniej czy później zwiędnie. No, ale nie było wyjścia. Wiedząc, że muszę zabezpieczyć byt żonie i dwojgu dzieciom, musiałem zacząć myśleć o tym. Bo inaczej nie wiem, co by się ze mną stało. Ja mógłbym się poświęcić i… zawsze byłem tego zdania, że jeżeli sprawa jest tego warta, to mogę i życie oddać…
Gdzieś w sierpniu postanowiłem, że jednak wyjadę. Gdzie? Nie wiedziałem, do którego kraju. Składając wniosek o emigrację, o paszport, podałem trzy kraje: USA, Szwecję i RFN. Kto wcześniej da wizę, tam wyjadę.
Grunt pod nogami palił mi się strasznie. W jakim sensie? Otóż po wyjściu z więzienia miałem mnóstwo kłopotów – i finansowych, i zdrowotnych. Żona zachorowała poważnie. O tym, żeby umieścić ją w szpitalu, nie było mowy, mimo że była chora na żółtaczkę. Lekarz twierdził krótko: „Nie ma miejsca!”. A jeżeli mu nie wierzę, mogę porozmawiać z komisarzem. To mi wystarczyło. Leczyła więc żółtaczkę w domu! Mało tego, ci z SB i te inne dranie potrafiły przychodzić do domu po nocy – kontrolować pod byle pretekstem, aby tylko zakłócić nasz spokój, narobić strachu. Nie przychodzili w dzień, nie, przychodzili o dwunastej, pierwszej, drugiej w nocy – zawsze uzbrojeni po zęby. I pytali o głupie sprawy. Jednego razu pytał się mnie taki jeden o komendanta Komendy Miejskiej w Wodzisławiu, o niejakiego pana D. Zdziwiłem się:
- A co on miał tu robić?
- No, miał tu być.
- A co, tu u mnie burdel jest?!
- No, miał tu być – odparł. A pistolet w ręku, maszynowy, duży, mały pistolet w
kaburze, kajdanki na wierzchu. Przyszedł D. szukać…!?
Nie czuję się pokrzywdzony przez Solidarność, czuję się pokrzywdzony, rozbity, zniszczony przez system panujący w Polsce, Przez ludzi stojących u steru… którzy byli w gruncie rzeczy pseudowładzą. Bo to nie była władza, to nie był rząd, lecz dyktatura, twierdząca, ze człowiek mówiący prawdę jest jej wrogiem. Przez tych ludzi zostałem pokrzywdzony. Przez nich na stare lata muszę tułać się po obczyźnie. I to jest najbardziej przykre…

[ 1984 ]

 

W pierwszym okresie było bardzo ciężko, nie zapomnę obrazu, gdy przyszedłem do szkoły po Mirka, wtedy miał dwanaście lat, i zastałem go stojącego pod ścianą i cicho płaczącego, bo nie mógł się porozumieć z rówieśnikami w ich języku. Nikt z nas nie mówił po niemiecku i wszystkim było trudno. A jeszcze akurat wprowadzono nowy przepis, zgodnie z którym tylko jedna osoba z pary małżeńskiej mogła pójść na kurs. Poszła więc żona, Wanda, bo myśleliśmy, że jako pielęgniarka ma większe szanse dostać pracę. Stało się potem jednak inaczej.
Żona i dzieci tęskniły bardzo za krajem. A ja?
No, cóż, myślałem, że skoro powiedziałem A, decydując się na emigrację, to musiałem powiedzieć także B, godząc się z rzeczywistością i jak najszybciej przystosowując się do nowych warunków, przyswajając je sobie.
Wchodząc do Solidarności, wiedziałem, że to może wiązać się z określonymi konsekwencjami, że czekać mnie będzie nie tylko przysłowiowy chleb z masłem. Wtedy, w Niemczech, widząc, jak ciężko było moim najbliższym, musiałem wykazać hart ducha. Dzieci cierpiały, żona też. Odnowiła się jaj żółtaczka i zabrano ją do szpitala, który był oddalony o kilkanaście kilometrów od miejsca naszego pobytu. Samo odwiedzanie jej – bez własnego samochodu – było problemem. Odmawiając sobie wszystkiego, kupiliśmy po pewnym czasie starego forda taunusa.
Zaraz na początku naszego pobytu w Niemczech, jeszcze w listopadzie 1982 roku, nawiązując do kontaktów i rozmów z francuskimi związkowcami w Jastrzębiu, napisałem do nich – po polsku, czyli tak, jak umiałem. Po czterech miesiącach przyjechało do mnie dwóch przedstawicieli z Landtagu w Wiesbaden, z którymi porozumieli się francuscy przyjaciele. Niemieccy politycy przyjechali załatwić mi pracę, to znaczy wszystko było już przez nich przygotowanie, a przybyli osobiście, by poinformować mnie, już w Mulheim, w Westfalii, czekają już na mnie. Pojechałem tam z tłumaczem, to znaczy z kolegą, lepiej ode mnie znającym niemiecki. Miałem zacząć swoje życie zawodowe na obczyźnie w kopalni Auguste Viktoria w Marl. Praca była w innym landzie – w Westfalii, a my byliśmy w innym – w Hesji. Czekały nas znów przenosiny.
Starszy syn, Dariusz, miał wówczas osiemnaście lat, był po budowlanej zawodówce w Polsce i nie chciał iść na żadne kursy językowe, tylko zaraz do pracy. Poszedł do roboty w swoim zawodzie , ale nie znając niemieckiego, za dwa dni był z powrotem w domu. Wyrzucili go. Zaczął pić. Trwało to mniej więcej pół roku. Nie umiał sobie poradzić z poczuciem bezużyteczności. Wreszcie któregoś dnia po dłuższej rozmowie zaproponowałem mu pracę w kopalni. Miałem znajomego nadsztygara, u którego pracowałem i który znał moją pracowitość; usłyszawszy ode mnie, o co chodzi, kazał syna przyprowadzić. W kwietniu 1984 roku Darek zaczął pracę w firmie Thyssen Schachtabau, będącej podwykonawcą kopalni Auguste Viktoria. Miał parę potknięć, drobne wpadki, ale pozostał tam do dziś – to już dwadzieścia jeden lat!
Ciężko było wyżyć z jednej pensji. Aby dorobić, sprzedawałem gazety, rozwoziłem dzieci do szkół, imałem się wielu różnych zajęć, żeby związać jakoś koniec z końcem. Żona sprzątała, żeby pomóc w utrzymaniu domu.
W 1986 przeszedłem zawał – najwidoczniej zestresowany nieuregulowaną sytuacją rodziny, trudnym startem w Niemczech i tęsknotą do kraju. W pracy byli ze mnie zadowoleni, nie miałem jednak poczucia, żeby mnie lubili.
Dopiero w 1990 roku żona, Wanda, dostała po wielu latach poszukiwań pracę w domu starców. Tak jak przedtem nie było reakcji na jej starania, tak tym razem w ciągu dwóch dni przyszły dwie propozycje.
Nasza sytuacja znacznie się poprawiła. Kupiliśmy nowy samochód i po paru miesiącach, po raz pierwszy od naszego pobytu w Niemczech, pojechaliśmy w maju 1991 roku na pierwszy nasz urlop – Hiszpanii. Dwa lata później – do Portugalii. Potem odwiedziliśmy jeszcze Maroko, Gibraltar.
Mirek ukończył szkołę zawodową. Ja zawodowo byłem cały czas aktywny. Po zawale byłem wprawdzie dwa lata później jeszcze w sanatorium, niemniej wydawało się, że wszystko było z moim zdrowiem w porządku.
Ale gdzieś od 1991 roku zacząłem mieć wypadki w kopalni. Z czasem pożegnałem się z przodkiem; przeniesiono mnie do wydziału przygotowania robót dla przodka, gdzie pracowałem już tylko na jedną zmianę jako brygadzista. Aż nagle znów zdarzył się wypadek, doznałem złamania podstawy czaszki. Wywieziono mnie z dołu bez czucia w dolnej połowie ciała. Lekarze postanowili czekać dziesięć dni na poprawę, potem mieli mi operować kręgosłup. Przez cały ten czas czekałem w napięciu na poprawę, która nie następowała, w ostatnim dniu dotarło dopiero do mnie w pewnej chwili, że poczułem kołdrę na nogach. Zawołałem pielęgniarkę, krzyczałem żeby sprowadzić lekarza i powiedzieć im o tym. Gdy sobie to sam w pełni uświadomiłem, rozpłakałem się…
Wróciłem do pracy, ale później jeszcze raz zdarzyło mi się, że nastąpił bezwład kończyn. Natomiast, gdy w 1995 roku przeprowadzono u mnie okresowe badania lekarskie, skończyło się moje życie zawodowe, zabroniono mi pracować! Miałem pięćdziesiąt jeden lat!
Jeszcze przez osiemnaście miesięcy byłem na zwolnieniu lekarskim, później przeniesiono mnie na rentę. Aby coś robić, nie gnuśnieć, zacząłem chodzić na ryby, latem zbierałem grzyby, które nawet sprzedawałem handlarzowi targowemu po dziesięć marek, a on dalej – po osiemnaście marek za kilogram. Gdy i Wanda uzyskała status emerytki, częściej można było jeździć do Polski.
Obydwaj nasi synowie są żonaci. Pracują. Mirek – przy komputerowej obsłudze urządzeń obrabiających. Ma trzydzieści pięć lat i dopiero od dwóch lat stałą pracę. Przez dłuższy czas był bez pracy. Znajdował zwykle coś na dwa, trzy miesiące i znów stawał się bezrobotny.
Nigdy nie wyjeżdżałem do Niemiec z zamiarem pozostania tam. I niestety, uważam czas tam spędzony za stracony. Dziś, gdybym jeszcze raz miał podejmować decyzję, nie wyjechałbym z Polski. Teraz rozumiem, że można z tęsknoty umrzeć, jak się o tym czytywało w polskiej literaturze. Osobiście zresztą znaliśmy kogoś, kto zlikwidował (jeszcze przed Solidarnością) wszystkie swoje interesy w Polsce, a wiodło mu się nienajgorzej, wyjechał do Niemiec i gdy zorientował się, że nie da rady utrzymać swojej rodziny, popełnił samobójstwo.
Kiedyś, podczas pierwszego okresu mojego pobytu w Niemczech, myślałem, że tam jest moja ojczyzna, gdzie chleb. Dzisiaj już tak nie uważam; pieniądz ułatwia życie, to prawda, ale tylko tyle i nic więcej.
Od paru lat żyjemy z żoną, która też jest na emeryturze, pół w Polsce, pół w Niemczech. W Polsce jest córka, Ewa. Wróciła do kraju z mężem, który nie umiał się odnaleźć w kraju naszych zachodnich sąsiadów. Grzegorz prowadzi od piętnastu lat firmę w Cieszynie, wybudowali sobie dworek i żyją dobrze, a my ich odwiedzamy i pomagamy na ile się da w robotach budowlanych. Mamy wnuki w Polsce i w Niemczech.
I jesteśmy raz tu, raz tam.
[2005]



 




Eugeniusz Zandler
powrót »