Relacje


powrót »
Cena prawdy

Z końcem sierpnia osiemdziesiątego roku zjechaliśmy na zmianę czwartą, czyli na szychtę o godzinie dwudziestej w nocy (do szóstej rano). Coś wisiało w powietrzu. Wiedzieliśmy o strajkach w Gdańsku, Szczecinie, ale Śląsk ciągle jeszcze siedział cicho. Cała Polska liczyła, że i on ruszy. Przecież tu potęga była… Nic jeszcze nie przypuszczając, wyjechaliśmy do góry, była godzina siódma, a na powierzchni jeden wielki rejwach. Przed budynkiem cechowni ludzi było tak gdzieś z półtora tysiąca, tyle mniej więcej, ile liczyła pierwsza zmiana. Co jest? Jeden przemawia, drugi wrzeszczy, słowem, rozgardiasz. Nie wtrącałem się absolutnie do niczego, bo po szychcie człowiek zmęczony, a trzeba było jeszcze iść do biura, napisać raport. Pojechałem wtedy prosto do domu – spać!
Wieczorem przyjechałem normalnie znowu na czwartą zmianę. To było chyba dwudziestego dziewiątego sierpnia; okazało się, że już wejść na kopalnię było trudno. Powstał Komitet Strajkowy. No, ale ja jako osoba dozoru, sztygar zmianowy, musiałem jechać na dół. Wreszcie po wielkich ceregielach wpuszczono mnie za specjalną przepustką. I dostałem polecenie, żeby tylko z jednym pracownikiem zjechać na dół, zresztą nie wolno samemu, taki przepis na kopalni. Chodziło o zrobienie objazdu całego oddziału, czy nie ma gdzieś pożaru, czy nie grozi zawalenie, czy nie ma wdarcia wody, czy nie zachodzi jeszcze jakieś inne niebezpieczeństwo dołowe, jakieś gazy itp. O pracy nie było mowy.
A tymczasem strajk trwał. Wtedy nie byłem w komisji strajkowej. Ale tuż po jego zakończeniu wezwano mnie i zaproponowano – jeszcze bez porozumienia, muszę zaznaczyć z załogą – pracę w Zakładowej Komisji Robotniczej, która potem po wyborach w styczniu osiemdziesiątego pierwszego roku przekształciła się w Zakładową Komisję Pracowniczą, do której mnie już regularnie wybrano. Zastanawiałem się wtedy, dlaczego załoga aż w dziewięćdziesięciu procentach mnie zaakceptowała. Byłem z dozoru, czyli nie robotnikiem. Inni koledzy, jak dla przykładu Sylwester Głowacki, który był przodowym ściany, byli robotnikami. Ale znów Tadeusz Błaszczyk był kierownikiem oddziału na powierzchni. Jakoś tak dziwnie to na Boryni przebiegło. Ja zostałem sekretarzem.
Większość ludzi – dwie trzecie – to byli dołowcy, którzy mnie znali, bo jak przyszedłem na Borynię to od razu z załogą na dół. I sądzę, że załoga wiedziała i oczekiwała ode mnie pomocy w rozwiązywaniu ich problemów. Oni wiedzieli, że stale miałem kłopoty z dyrektorem, że traciłem premie, kartę górnika, że byłem szkalowany za byle drobiazgi przez dyrektora, który widział tylko węgiel, węgiel – i nic więcej. Naokoło inni w różnych działach na powierzchni mogli cuda wyrabiać. Tego nie widział, tylko węgiel i wydobycie. Zgadzam się do pewnego stopnia, bo ostatecznie żyło się z węgla. Plan musiał być wykonany na papierze czy faktycznie. Również, żeby zarobić. No, i ja też tak ustawiałem ludzi: dyscyplina, wydobycie węgla i bezpieczeństwo. Te trzy sprawy. Ludzie to rozumieli. Bo jak się za bardzo zwraca uwagę na bezpieczeństwo, to nie ma wydobycia. A jak chcę dużo nafedrować, wtedy nie patrzę, gdzie co zabezpieczyć, tylko węgiel, węgiel, węgiel. Ale przez dwadzieścia dwa lata, które przepracowałem na wydobyciu, chodziło mi zawsze, po pierwsze, o bezpieczeństwo, dopiero potem o węgiel.
W tym czsie, kiedy wciągnięto mnie do pracy w komitecie strajkowym, postanowiłem zająć się przede wszystkim sprawami robotniczymi, typowo dołowymi. Zjeżdżałem na dół, oglądałem i atakowałem nawet i wyższy dozór, groziłem dyrektorowi. Reasumując, powiedziałbym, że w pierwszym okresie solidarnościowym zajmowałem się sprawami typowo górniczymi, natomiast po wyborach w styczniu 1981 roku chciano, żebym zajął się również propagandą. Wtedy jako sekretarz, byłem odpowiedzialny za propagandę, czyli audycje, recenzje, artykuły itp. Przydzielono mi też organizowanie masówek, zebrań.
Dzień w dzień szły audycje i zawsze – świeże. Mało tego, rano powtarzało się je i wieczorem. A chciałem powiedzieć o wszystkim. Mówiłem o wydobyciu oddziałów, że należy pracować bezpiecznie; o zarobkach; ale też i o sprawach związkowych, ważniejszych. Podawałem informacje o tym, co dzieje się na innych kopalniach na Górnym Śląsku, ale i w całej Polsce. A te wiadomości, które w takich gazetach jak „Trybuna Robotnicza”, „Trybuna Ludu” nie przechodziły, u nas były na porządku dziennym. To było tak, jak gdyby nasz radiowęzeł był Radiem Wolna Europa; odnosiłem wrażenie, jakby nasze radio-studio było zakazaną radiostacją. Bo czasem, rzeczywiście, wyławialiśmy informacje nieprawdopodobne, między innymi dzięki temu, że opanowaliśmy dalekopis. To znaczy powstał taki układ, że wiadomości płynęły najpierw nie do dyrektora, lecz do Solidarności, a potem dopiero do niego.
Dla mnie i dla wszystkich chyba najbardziej ciekawe były pierwsze dni strajku okupacyjnego. Cała załoga zebrała się na kopalni i przemęczyła wtedy jakoś cztery dni, śpiąc na betonie, w łaźniach, gdzie się dało. Jeśli były tam cztery i pół tysiąca ludzi, to oczywiście nie wszyscy mogli spać pod dachem. Spało się też na trawie przed łaźnią czy cechownią. Ludzie mieli nadzieję, że jeśli okażą swą postawę wobec władzy, dyrektora, to warunki się zmienią, a życie ich się polepszy. Kiedy dowiedzieliśmy się, że w Gdańsku i Szczecinie zostały podpisane porozumienia, to ogarnął nas szalony entuzjazm. I już miało się nadzieję. I na pewno każdy był przeświadczony o tym, że rozmowy, które u nas się odbywały jakby równolegle, wreszcie doprowadzą też do pozytywnego końca.
Trzeba było widzieć, jak te żony i dzieci przychodziły pod kopalnię, przed bramę. Dziesiątki, setki kobiet z dziećmi, z torbami z jedzeniem, z workami, no, przychodziły do tych górników. I stale się przez mikrofony podawało: „Ten i ten kolega proszę iść na bramę, bo przyszła żona i dzieci”. Tak to szło, nawet w nocy. Ale zdarzali się koledzy z dalszych okręgów, do których żony nie mogły dotrzeć. Wtedy widziało się, że inni dzielili się chlebem, jajkami, mlekiem, czym kto mógł, tak że nikt nie był głodny.
Górnicy pragnęli większego bezpieczeństwa pracy, żeby nie było tylu kłopotów w domu, żeby można było normalnie robić zakupy, żeby dzieci nie musiały stać gdzieś w kolejkach za matkę czy ojca, którzy pracują. Górnik czuł, że to wszystko powinno się zmienić, i nie tylko na jego podwórku, ale szerzej. Widziano marnotrawstwo na kopalni: całe urządzenia, wielkie maszyny, przenośniki, kombajny zamiast ratować, dawać do naprawy, najczęściej pozostawiano do zawału, czyli na stracenie. Tak… to bolało, bo to miliony złotych czy nawet zielonych. Górnik czuł, że tak dalej nie może być, że Polska, która kiedyś słynęła bogactwem, teraz była biedna. Górnik nie myślał wtedy na pewno o tym, jakby to zmienić, ale czuł, że jest źle. A strajk w jego oczach był czymś, co mogłoby wprowadzić w czyn to, co on czuł.
Tymczasem - tak to widzę z perspektywy czasu – komisje robotnicze rozdrabniały się, zajmując się drobiazgami: temu załatwić bumelkę, tamtemu poprawić stawkę, ten chciał jechać na wczasy, a dostał ktoś inny. Były nawet zdarzenia takie, że przyszło małżeństwo, że chcą się rozwodzić, a myśmy ich godzili. Ale, przyznaję rację, nagromadziło się przecież przez dziesiątki lat bolączek co niemiara. Ludzie przychodzili do nas, bo mieli nareszcie zaufanie. I nawet jeśli się sprawy pozytywnie nie załatwiło, bo nie zawsze było można, to wychodzili zadowoleni, ponieważ się ich wysłuchało. W miarę rozwoju wydarzeń gdy w całej Polsce istniała już Solidarność, gdy zaczął się ukazywać „Tygodnik Solidarność”, zainteresowanie ludzi wzrastało. Ludzie bardzo się zmienili, zmieniła się ich świadomość, wpłynęło na nich to, że mogli się wypowiedzieć i że ich wysłuchano, a poczuwszy trochę swobody, zaczęli myśleć. Przedtem się widziało, że ta załoga to jak automaty: tylko praca, jedzenie – i nic więcej. A teraz inaczej. Czasopisma jak „Tygodnik Solidarność” czy „Solidarność Jastrzębska” były rozchwytywane. Nawet nasz biuletyn szedł jak świeże bułki. Załoga się go domagała. Musieliśmy sprowadzać też kilkadziesiąt egzemplarzy „Wolnego Związkowca” z Huty Katowice. A jeśli coś ważnego się działo, to ludzie stali już rano pod drzwiami radiowęzła i czekali, co powiemy, chcieli żebym zaraz tam szedł i już mówił na ten temat. Po wyborach w styczniu osiemdziesiątego pierwszego do Zakładowej Komisji Robotniczej zaczęliśmy się interesować czymś więcej niż tylko sprawami pracowniczymi. W tym czasie ci członkowie partii, którzy byli w Solidarności, przychodzili do nas z pretensjami na sekretarza partii. Zaczęto nas informować o jego spekulacjach gospodarczych, podobnie jak i szefów działu administracyjnego kopalni. Że tam ktoś buduje z materiałów kopalnianych, że wywożą cegłę, cement, żelazo. W pierwszym okresie Solidarności był spokój, a potem z powrotem się ten proceder rozkręcał, i z czasem znów coraz to śmielej. No, i załoga przyszła do nas. Myśmy o tym nie wiedzieli. Ale o to chodzi, że(sama załoga nam podsunęła taki pomysł) jak tu zaufać ludziom na stanowiskach, ten sekretarzem, drugi głównym księgowym, jeśli takie rzeczy dzieją się na zakładzie, że oni wywożą materiał z kopalni. A jeszcze straty materiałowe wliczono w koszta, a to już wpływało na zarobek. Poszliśmy do dyrektora naczelnego, który też o tym nie wiedział, że pod jego bokiem dyrektor administracyjny, P., pierwszy sekretarz partii – bogacili się. Wreszcie sprawy zaszły tak daleko, że na naszym plenum Solidarności, a było nas szesnastu ludzi postanowiono: „Zdajemy legitymacje partyjne!”.
Przychodzili więc ludzie do nas i wrzucali do czyściutkiego kosza, specjalnie przygotowanego, swoje legitymacje partyjne. A później szliśmy z tym koszem do sekretariatu. Było różnie: jednego dnia dwadzieścia, innego nawet pięćdziesiąt sztuk. Ja oddałem swoją od razu w pierwszej fazie, na drugi czy trzeci dzień, łącznie z naszym szefem Błaszczykiem, który też był partyjny. Na kopalni Borynia członków partii mogło być ze dwa tysiące. Tuż przed stanem wojennym, nie wiem, czy było ich sto pięćdziesiąt…
Ale… pamiętam taki działacz partyjny, już na emeryturze, osobiście powtarzał mi parę razy: „Pamiętaj o jednym, władza jest silna. Niech się wam nie wydaje, że jak tu ustępuje dyrektor, tam pierwszy sekretarz, to że się cofają”. Myśmy jednak tego nie przyjmowali do wiadomości. Moja żona na przykład stale wtedy powtarzała: „Zo – ba – czy – cie – że – was – za – kra – tki!”. Ale, ale – myślałem. To był jeden z naszych błędów. Nie docenialiśmy władzy i wprowadzenie stanu wojennego było dla nas zaskoczeniem.
W pierwszym – drugim dniu, to nawet nie było wiadomo, co to takiego jest. Jeszcze gdyby ogłoszono stan wyjątkowy, to by się to jakoś wyjaśniło, ale stan wojenny?! Wojna, no! Po ulicach Jastrzębia jeździły czołgi, przed moim blokiem stały całe kolumny czołgów i zmotoryzowanych jednostek. Tam właśnie był taki duży plac, więc sobie tam zakręcały uroczyście i stały zwrócone lufami w kierunku budynków. Straszliwa rzecz…! Wojna! Zaraz w niedzielę, trzynastego grudnia, zawiązał się strajk okupacyjny, już drugi na naszym zakładzie. To były okropne chwile. Bez przerwy wpadał jakiś goniec z wiadomością, że strasznie biją w kopalni Jastrzębie. Myślę, że niektórzy byli podstawieni, żeby przestraszyć załogę. Manifest jest tak blisko, że nawet strzały powinno się słyszeć. Wtedy ich jednak nie słyszeliśmy.
Przedstawiliśmy załodze znane nam z innych kopalń fakty, pytając, czy chcemy przeżyć to samo. Ponieważ nie zbroiliśmy się, więc mieliśmy czekać jak baranki na rzeź? Czy reagując na apel ministra, rozwiążemy się? Apel ministra, gwarantujący, że nie będzie żadnych sankcji, jeżeli załoga opuści zakład do godziny szesnastej tego samego dnia, ludzie zaakceptowali. Dyrektor zaraz zadzwonił, żeby milicja sobie pojechała. A wojsko też już było, akurat przyjechało pod kopalnię. Teraz było znacznie trudniej niż podczas strajku latem w osiemdziesiątym. Kopalnia Borynia jest w polu, autobusy nie dojeżdżały w stanie wojennym, żywności nie było. I mróz. Właśnie i pierónowy mróz! No, cóż to był za mróz tego roku! Strajk trwał w sumie półtora dnia i załoga poszła do domu.
Jednak zostało około dwustu – trzystu młodych ludzi, przeważnie kawalerów, którzy zaraz za naszymi plecami zawiązali drugi strajk, zbrojny. Wyglądało to w ten sposób, że pod bramami położono butle z tlenem, acetylenem, porozwieszano między budynkami łańcuchy kombajnowe, kuto dzidy, tarcze, miecze. Ci młodzi ludzie zbroili się po prostu w sposób średniowieczny. Szefem był niejaki Będkowski z naszego plenum Solidarności.
Milicja nie atakowała kopalni Borynia, ponieważ byłyby wtedy ofiary w ludziach po jednej i po drugiej stronie. Butla tlenowa, o ciśnieniu chyba dwustu atmosfer, po wjechaniu na nią czołgu rozerwałaby go jak nic. Wojsko czy milicja oczywiście zdobyliby kopalnię, tylko ilu by musiało po drodze zginąć… To była sama młodzież.
Kopalnie Borynia ominięto, strajki już się zakończyły oprócz kopalń Ziemowit i Piast, gdzie też był strajk okupacyjny, ale mądrzej, bo na dole.
Mimo przyrzeczeń, że nie będzie sankcji, zamknęli nas. Przepraszam, najpierw nas internowano, potem… wymyślono oskarżenie i osadzono nas w więzieniu śledczym w Katowicach, na Mikołowskiej, gdzie warunki były skandaliczne, bez ogrzewania. Nikt by nie uwierzył, że to możliwe, żeby budynek stał, mury w ziemi, a tu nie było dna, no, podłogi, od razu się było na klepisku czy jak to nazwać. Tam na piętrze, była podłoga, bo jak na parterze był sufit, to wiadomo. W celi przeznaczonej dla czterech siedziało sześciu, czyli że dwóch musiało spać na siennikach - wprost na ziemi. Miałem szczęście, być ostatnim co tam przyszedł, i spałem na tym klepisku parę dni. Potem dwóch studentów, których zamknięto w hucie Baildon, zwolnili. Wtedy przeniosłem się na łóżko. Wpakowano jednak następnych, tak że stale sześciu było. O Boże, Boże…
Teraz człowiek czasami się śmieje, wtedy płakać się chciało. Służba więzienna nie bardzo wiedziała jak nas traktować, czy mówić „pan”, czy się kłaniać, czy co? A mnie zdarzyła się taka dziwaczna historia. Zaaresztowano mnie przy kopalni Borynia. I stale na komendzie w Jastrzębiu byłem w otoczeniu czterech milicjantów. Przecież jeden by wystarczył, żeby mnie z celi do pokoju przesłuchań zaprowadzić – dziwiłem się. Drugiego dnia chyba przyszedł nowy milicjant na służbę, otworzył drzwi i powiedział: „Aa, to tu jest ten nasz przyszły szef”. Co się okazało?
Jeszcze za czasów nieświetnej pamięci Jarosława Sienkiewicza dostałem polecenie od niego, żeby pełnić rolę szefa obstawy ochrony dla Wałęsy, jak przyjedzie do Jastrzębia. Faktycznie, byłem. Zorganizowałem ludzi z różnych kopalń, a przede wszystkim z Boryni. No, i… i była również milicja. Miałem wtedy rozmowy z szefem milicji. Rozmawialiśmy o tym, jak przygotować wszystko, żeby wizyta sprawnie i bezpiecznie się odbyła. Wiedziałem, że jemu też zależało na tym. I tak zostałem szefem. To ja w przyszłym okresie Solidarności, tak oni myśleli, miałem może zostać szefem milicji!? Stąd specjalna obstawa. I specjalnie obchodzono się ze mną. Wszyscy byli bici, mnie jednego nie bito. Tak, muszę przyznać, mnie, przyszłego szefa milicji, uhonorowano. Jak słowo daję! Nie do wiary!
Akt oskarżenia i sam przebieg procesu wyjawił takie historie, że sam przewodniczący – wojskowy… ja myślałem wtedy… że parę razy spadnę z wrażenia z krzesła. Muszę tu wtrącić jeszcze, że zarówno sędzia, kapitan Józef Medyk, jak i prokurator wojskowy, podporucznik Marian Żuradzki- obaj zostali zawieszeni w czynnościach, dlatego, że słuchając naszych zeznań, oceniając je, prowadząc sprawę, postawili w stan oskarżenia ormowców, którzy bili świadków, żeby wymusić z nich zeznania dla nas nieprzychylne.
Już ich zawieszenie świadczy o tym, że to był pierwszy proces. Faktycznie byliśmy pierwszą kopalnią, której solidarnościowców postawiono przed sąd wojenny. Inni koledzy, na przykład z Manifestu Lipcowego, mieli rozprawę dopiero w kwietniu. To ileż miesięcy oni czekali…! W więzieniu, oczywiście. Nasz proces był pod koniec stycznia.
Nigdy bym wcześniej nie pomyślał, że za sprawy związkowe będę odpowiadał przed sądem. I jeszcze, że będę miał wyrok. To jest przecież wprost nie do pomyślenia. Myśmy i tak mieli szczęście, że mieliśmy taki skład sędziowski, takiego prokuratora, który chciał prawdy. Im zależało na niej. Nam też. Ale władzy – nie. Za te prawdę oni zapłacili zawieszeniem, może czymś jeszcze, nie wiem, a my wyrokami i poniewierka po świecie.
Jeszcze w czasie stanu wojennego doszedłem do wniosku, że w Polsce nie mam szans, nawet na średnie życie. Na każdym kroku SB chciało ode mnie informacji, co tam słychać na dole. Nigdy na taką rozmowę się do nich nie udałem. Dlatego chyba w połowie roku 1982 dyrektor kopalni poinformował mnie, że w rezultacie nacisku z góry zmuszony jest ponownie zwolnić mnie z pracy. Nawet mi radził, żebym „coś robił”. Zacząłem więc coś robić. W szybkim tempie dostałem paszporty. O, dziwo, w dwa tygodnie. I jazda – do Niemiec. Tym bardziej, że obydwoje z żoną mamy tak zwane pochodzenie niemieckie.
[1984]

W Niemczech długo pozostawałem bez zajęcia. Wreszcie w 1986 roku zacząłem pracować w firmie, która sprzątała biura, hale i łaźnie w Hucie Hoesch w Dortmundzie. W 1995 roku praca moja się, niestety, skończyła. Byłem już za stary do roboty, ale za młody na rentę. Żona, Gerda, po skończeniu kursu języka niemieckiego dostała posadę od razu. Od 1983 roku pracowała jako pielęgniarka w domu starców – ciężki kawałek chleba. Mimo wszystko jednak wiodło nam się dobrze. Obecnie obydwoje mamy emerytury i powodzi nam się, można powiedzieć, bardzo dobrze. Dzieci, Dariusz i Alexandra, są na swoim. Żyją każde w związku małżeńskim, pracują, co w obecnych czasach można nazwać szczęściem, a my, dziadkowie, mamy dwóch wnuków i jedną wnuczkę. Jesteśmy szczęśliwi i zadowoleni. Byle tylko dopisało zdrowie. Grywam w szachy, jestem czynnym zawodnikiem w Dortmundzie, pasjonuję się komputerem oraz polską poezją współczesną, a w tym – najtrudniejszym poetą na świecie Norwidem.
[2004]


"Wygnańcze Szlaki" Adam Dyrko
 




Christof Szablewicz
powrót »