Relacje


powrót »
Naznaczony

Przyjechałem wtedy do domu i jak nigdy – nie wiem, czy to było jakieś natchnienie? – jak nigdy, ogoliłem się wieczorem. Chłopcy spali na jednej wersalce, a my z żoną na drugiej, bo sparaliżowana babcia, cośmy ją na zimę do Jastrzębia przywieźli, spała w innym pokoju. I nawet kaleson (takie rajtuzy bez stóp) nie ściągnąłem:
- To rozściel, Irka – powiedziałem do żony.
- A sam sobie rozściel – odpowiedziała i prasowała dalej.
Że ja wtedy nie zwróciłem uwagi na telewizję, że naraz obraz zniknął! Wziąłem małe
radyjko i siadłem na wersalce w podkoszulku i w tych kalesonach, żeby posłuchać Wolnej Europy, i zasnąłem, byłem zmęczony po pracy. Nagle Irka mnie budzi: „Ty, ktoś z kopalni!”. Poleciałem do drzwi, nawet nie zaglądając przez to lipo (judasza), otwarłem i patrzę się, stoi jakiś facet, a ze schodów schodzi dwóch poruczników:
- Czerwionka?
- Tak – mówię.
- Proszę się ubierać, pójdziecie z nami!
- Dokąd? Która godzina? Co się stało?
- Ubierać się iż nami! – Cofnąłem się do kuchni i ciągle powtarzam: „Gdzie, dokąd?”.
A on już wpadł do szafy, wyciągo jakieś ciuchy. Jeszcze zdążyłem powiedzieć, że to nie moje i nagle żech się znalozł na podłodze. Babka sparaliżowana w pokoju, dzieci – Rafał i Adam, bo to dzieci jeszcze były – w płacz: „Zostawcie tatusia, zostawcie tatusia!”. Nic nie pomogło, a oni od razu w łeb, w łeb i kopa i zaroz kajdany i ciągnęli mnie jak bydlę, bo zacząłem się opierać, żeby mnie nie wytargali z domu. Gdy mnie uderzył kolbą pistoletu w łeb, zacząłem się drzeć: „O Jezu, za co?!”. A oni mnie złapali za nogi i ręce i darli na dół po schodach. Jeszcze wcześniej zdążyłem uderzyć naprzeciwko w drzwi sąsiada – był inspektorem oświaty, otworzył drzwi, ale nie miał odwagi się odezwać. Dalej krzyczałem „Jezu! Jezu!”. Zaraz potem zakneblowali mi usta. A pod blokiem stało już auto, cywilna skoda, na zgaszonych światłach, ale motor chodził. Wciepali mnie na tylne siedzenia i jazda!
Jechali ze mną w kierunku ulicy Bożka, jak się jechało ku kościele w Jastrzębiu. Jo skuty, a ten w cywilu co chwilę z łokcia mi w mordę, i jeszcze raz: „ Coś, sk…, tak szybko otwarł drzwi? Na łącznika czekałeś?” – I znowu mnie w mordę leje: „Wybierz se miejsce, w którym chcesz leżeć!”.
„To rozwalą mnie” – myślałem. Takiego stracha jak wtedy to jeszcze nigdy nie miałem. Przejechali my ten kościół, krzyż był oświetlony, a jo w kajdankach nawet przeżegnać się nie mogłem.. Kajdanki się zaciągnęły, więc trącam porucznika, żeby je poluzował, a ten się cywila pyto, mówiąc do niego „bossie”.
- A niech gnije – usłyszałem. I do mnie; - Ty chcesz ustrój zmieniać? Ja cię zaraz załatwię, będziesz zimny. Ja cię zgnoję! – pogroził.
Jechaliśmy w kierunku lasu. Myślałem, że to tam. Tam za kościołem, na dole, jak się jedzie na ulicę Podhalańską, płynie w dolinie potok, taki strumyczek ze ściekami. Przed mostem tajniak kazał się zatrzymać i powiedział:
- Wybierz se chamie, latarnię na której chcesz wisieć.
Staliśmy tam, co jakiś czas przejechało obok jakieś autko i mimo ze walił bez przerwy jeszcze w głowę, zacząłem kapować, że chyba mnie do Katowic albo gdzieś zawiozą.
„Widzisz, powiedział do mnie, tam już twoich kolegów wiozą”. W pewnym momencie wyciągnął z teczki jakieś papiery, podoł mi je i pyto: „Z czym ci się kojarzy trzynastego grudnia?” – A mi tylko przez myśl przeszło, że pół roku temu, trzynastego maja, strzelali do papieża. Ale nie mioł żech odwagi mu to powiedzieć, bo on mi co chwila z łokcia w mordę walił. „Tu podpisz, chamie. Nakaz o internowaniu”. Słowo to było mi wtedy całkiem obce. Jak mi doł długopis, toch się podpisywał, jakbych to robił po roz pierwszy w życiu. Po jednej literce, tak ręce mi się trzęsły.
Zawieźli mnie do więzienia – do Szerokiej. Śnieg sypoł. To były baraki. Zadzwonili, ale chociaż było jasno oświetlone, nikt im nie otworzył. Jeździli jeszcze koło tego więzienia, wreszcie nawrócili, aż nagle pojechał jakieś ciężkie auto. Jeden z poruczników, ten, co koło mnie siedział, kazał otworzyć drzwi, a tajniak wykopał mnie z samochodu na śnieg. Jo tylko uklęknął i głowę zasłonił, bo zaczął mnie już dalej kopać. I wyzywał mnie, a nie był nawet pijany, ale jakoś tak dziwnie się pienił, jakby jakieś środki zażył. Ktoś nawet mówił potem, że to Rus, ale on tak dość nawet godoł, mioł normalny polski akcent. W chwili gdy on podszedł do stara, takiej milicyjnej suki, ci milicjanci, którzy mnie bili, krzyknęli do mnie:
- Spierd… szybko do tej suki, bo on cię zabije. Szybko!
Podniosłem się i pobiegłem na bosaka po śniegu, a jakiś milicjant otwarł mi już drzwi
wbiegłem po schodkach do środka. A tam, patrzę, był już Heniek Neumann z Solidarności kopalni Jastrzębie – starszy już był. Krzyknął do milicjantów, co oni wyprawiają ze mną: - To wyście są gorsi niż hitlerowcy – stwierdził w końcu. A milicjant na to: - Jo, chłopie, nic nie wiem. Co ty chcesz ode mnie?
Co chwila zaczęły jakieś auta podjeżdżać. Co i raz zaczęli też ludzi wpuszczać do tej suki. Potem, bo jo się trzepoł z zimna, Neumann doł mi płaszcz, co mioł na sobie, żebych się okrył. Zaś milicjanty gadali, że przywieźli z Jastrzębia koce, i wzięli mnie do szoferki. No, ale jak jo mom coś ubrać albo koc trzymać - w kajdankach? A Neumann  (chodzi o Henryka Nejmana, przyp. P.J.)krzyczoł: „Rozkuć go, natychmiast!”.
A bransoletki tak się zapiekły, że nawet kluczami nie mogli ich otworzyć, musieli dopiero nity powybijać. Ręce były tak ściągnięte, że krew do nich nie dochodziła, były całkiem sine. Aż oni mieli stracha. Zapalili motor – też im było zimno – i kocami się poprzykrywali. Ale w końcu kazali mi iść do tyłu, bo się bali, że jak ten wariat znowu przyjdzie – a bali się okropnie, tego tajniaka – to będzie źle. Jego żech już więcej nie spokoł. Jednego porucznika z tej skody to żech widzioł w Katowicach na Lompy, jak po wyjściu z internowania musiałem się tam zgłosić.
Milicjanci też nie wiedzieli, co się dzieje. „Chyba wos będziemy wywozić do Czech” – mówili. Potem domyślaliśmy się, zawiozą nas na białe niedźwiedzie. I my też się bali. Jeden taki mówił: „Chłopie jo mom teścia w domu. Święta idą, jo by tyż chcioł z nim posiedzieć, a tu mi kazali natychmiast zgłosić się na milicji. Jakbych wiedzioł, to bych lepsze buty oblekł”.
Zawieźli nas do Rybnika na komendę. Tam jeden z milicjantów doł mi swoja watówka. W Rybniku była już milicja z długą bronią, w hełmach, i tak dziwnie patrzyli na mnie, bo myśleli na pewno, że jo jest jakiś internowany milicjant. Potem jo do jednego mówia: „Panie władzo, dej mi pan cygareta, bo mi się chce kurzyć”. Doł mi, ale ci inni krzywo na nos patrzeli. Powsadzali nas do cel. Tam był już Andrzej Gorczyca z elektrowni „Rybnik”, zastępca przewodniczącego Regionu, Leszka Waliszewskiego. Miał papierosy, bo wziął ze sobą pieniądze związkowe, około szesnastu tysięcy złotych, i chciał uciekać z domu, ale chałupa była już obstawiona. Jego wzięli około czwartej godziny rano, mnie tuż przed godziną pierwszą w nocy. Ja chyba byłem pierwszy w okolicy, potem Neumann – i reszta.
Gdzieś z pół godziny byliśmy w celach, gdy nas zaczęli gonić znowu do aut. I tak nas napchali w jednym aucie, że ludzie zaczęli krzyczeć, że powietrza nie mają. Między innymi była tam kobieta z Solidarności, starsza pani, z gołymi nogami. Wzięli ją na chorobowym, miała podobno trzydzieści dziewięć i parę kresek. Aż płakała, że jest taka strasznie chora i że tak ją męczą. Potem troszkę ujęli z tego naszego auta, bo tam rzeczywiście nie było gdzie stanąć.
Jedną kobietę wzięli, jak jej chłop był na nocce. Nie chciała otworzyć, to wyłamali drzwi i wpadli do środka. Miała dwie dziewczynki, zabrali ją w koszuli nocnej, na bosaka, ani laczek, ani niczego, i wzięli ją też na Szeroką. To ktoś się zlitowoł i zarzucił jej jakiś płaszcz na plecy.
Żeby tak poniżać matkę!
Potem jej chłop przyszedł z nocki, a żony nie ma, drzwi wejściowe wyłamane, dzieci u sąsiadów. To pozbieroł rzeczy od niej poszedł na milicja , żeby ją ubrać. Jak na niego krzyknęli: „Ty, taki tu… jak chcesz, to zaraz możesz iść za nią!”. To co mioł robić, wziął rzeczy i poszedł do domu. Nie wiem, jakie były jej dalsze losy, bo człowiek się wszystkiego nie dowiedział, Jastrzębie to duże miasto.
A później, w Szerokiej, w Jastrzębiu, dokąd nas zawieźli z Rybnika, Ustawili nas jak w Oświęcimiu, w dwójkach na tym śniegu. Andrzej Gorczyca trzymał mnie na barana, żebym nie stał na śniegu. Cały czas byłem tylko w kalesonach i w podkoszulku – bez butów. Żona chciała podać mi kozaki, to ten tajniak tak ją pchnął, że wpadła do przedpokoju.
W tej Szerokiej nas odliczyli i do baraków. Było nas dziesięciu w celi przeznaczonej dla dwunastu. Zimno, bez wody. Ludzie byli z różnych stron: z Wadowic, Andrychowa, spod Bielska, spod Żywca. Był tam też AK-owiec z Rybnika. Oni później mówili, że jednego czy dwóch AK-owców wzięli, a ilu ich było tylko u nas, w Szerokiej, staruszków? Pod tą celą byłem dwa dni, a potem przenieśli mnie na izbę chorych. Tam mnie zbadali, bo jo okropnie kaszloł, bo jo był przeziębnięty tak fest, że lekarz podejrzewoł, że mom coś z płucami. Postawił diagnozę, że jo tam nie moga być, bo nie mają lekarstw. I zaroz po świętach wywieźli mnie do szpitala więziennego w Cieszynie. A u mnie, na kopalni, myśleli wszyscy, że jo już nie żyja – tako fama poszła.
U mnie na oddziale to już zbierali na wieniec. Pielęgniarki, znajome od mojej żony Irki wiedziały, że mnie w ciężkim stanie wiozą z Szerokiej, ale myślały, że mnie transportują do szpitala górniczego. To najpierw powiedziały, że Janka wiezą, a potem jak karetka nie dojechała, to się domyśliły, że jo nie żyja i nie wiedziały, jak to Irce powiedzieć. W końcu już na wieniec zbierali. Cuda były…
W Cieszynie zostałem sam. Nie mogło być inaczej, bo byłem tam jedynym internowanym mężczyzną. Tam przywieziono tylko kobiety. To dostawałem książki. I znów „jechałem” Bunscha. Tam już miałem pieniądze, co mi jeszcze na Szeroką przerzucili. Irka posłała mi też ciepłe skarpety, potem ubranie przywiozła, jak przyjechała na widzenie. I jak mnie zobaczyła, to w płacz i pyto mie, gdzie jest mojo wstawka (taka mała protezka to była), a jo mioł w ustach tylko ropa i krew. Ale jak Irka zaczęła płakać, to jo mówia: „Ty nie płacz, bo jak bydziesz płakać, to jo zaraz ida do celi. Tu sie mosz śmiać. Niech ci czerwoni widzą, że my się też cieszymy. Bo jak ty będziesz płakać, to oni się będą cieszyć, nie…?”
W Cieszynie było nawet nieźle, tylko mnie w nocy trochę gonili, jak jo nie umioł spać to mi światło gasili. Było ciepło Pozwolili mi nawet moje prywatne rzeczy nosić. Że byłem w swoich ciuchach, to mi kozoł taki jeden tako mycka więzienno zakładać, to jo już nie chcioł iść na spacer, bo jo nie był żadnym więźniem. Jo nikogo nie okradł ani nie zabił, nie mioł wyroku, jo siedzioł niewinnie.
Kolegów z Szerokiej, Genka i Gabrysia, puścili już w Nowy Rok. Jakbym był w Szerokiej, to może też byłbym już w domu. Potem żałowali, czemu się zgodziłem na wyjazd do Cieszyna. A co ja miałem do zgadzania? Przyjechali, zabrali, i tyle! Tam mie zbadano i okazało się, na szczęście, że płuca były w porządku.
Pewnego dnia przyszedł do mnie major i mówi:
- Tu za chwilę przyjdzie fryzjer i musi się pan ogolić.
- Ale myśmy wszyscy z Solidarności przysięgli, że się nie będziemy golić, jak nos
pozamykali – odpowiedziałem. A po trzech tygodniach, jak żech siedzioł, to miołech już zarost fest.
- Ja nie mogę pana tak wypuścić – on na to. – Musi się pan ogolić.
Przyszedł potem ten więzienny golarz fryzjer i mie odropoł. To żech mu doł dwie paczki cygaretów, reszta rozdołem innym więźniom. A potem spytałem naczelnika:
- Nam powiedzieli, że tu jest osiemdziesiąt kobiet internowanych, od nas.
- Nie tyle, dokładnie jest ich sześćdziesiąt dwie, ale te najstarsze, schorowane, też już
wychodzą – przyznał. Byliśmy wtedy sami, jak mi to powiedział.
Z Cieszyna wyszedłem ze względu na stan zdrowia. Było to drugiego stycznia 1982 roku. Gdy jechałem do Jastrzębia, widziałem czołgi, te skoty. Bo tam pełno tego było, po lasach szczególnie. Ale to też było dziadostwo, bo skot skota ciągnął, czołga – czołg. Nie mieli akumulatorów czy coś innego się popsuło. Pomyślałem wtedy, że dobrze, że nikt nie napadł na Polskę, bo byłoby gorzej jak w trzydziestym dziewiątym. Wszystko było tylko fajnie pomalowane, a to takie gruchoty, że gdyby rzeczywiście ktoś z Zachodu uderzył, jak władza straszyła bez przerwy, to załatwiliby się błyskawicznie z takim wojskiem.
Przyjechałem do Jastrzębia, do domu, a sparaliżowana babka usiłowała mi wytłumaczyć, że Irka pojechała właśnie na kopalnię Moszczenica w mojej sprawie. Ja przyjechałem do domu po południu, a rano przyszedł list, że mnie dyscyplinarnie zwolniono z kopalni, bo nie zgłosiłem się czternastego czy piętnastego do roboty. A tam dyrektor tłumaczył żonie, że on „oficjalnie” nic nie wie o tym, że mnie internowano, że on się tylko tak „na ucho” o tym dowiedział. I że jak tylko wrócę, to mam się zaraz do niego zgłosić. Z żoną minęliśmy się i jak przyszedłem do dyrektora Klucznioka, to ten mnie pyta:
- A z żoną się nie widziałeś? Idź do domu, żona ci wszystko powie. I zaraz – do roboty!
Czy stan wojenny był dla mnie zaskoczeniem? Tak, i to dużym, szczególnie dla mnie, co
jo wtedy przeżył w ta noc. Za dużo było ludzi, którzy myśleli, że lekko to Solidarności przyjdzie. Ciężko jest mówić źle o związku, do którego się należało, wyszukiwać błędy, sam je robiłem, ale teraz wracając do tyłu, myślę, że ci mądrzejsi mogli nas na to przygotować, mogli nas wcześniej jakoś ostrzec…
W klatce, gdzie mieszkałem, żyłem dobrze z sąsiadami, ale jak mnie zamknęli, to poza jedną sąsiadką wszyscy się bali do mojej żony odezwać. Irka chodziła wtedy jak cień: „Tyle miałeś przyjaciół, mówiła potem, a jak cię wzięli, to się bali ludzie do mnie odezwać”. Taka była psychoza strachu. Ci prości ludzie, co mieli jakieś gazetki Solidarności, wszystko na łeb na szyję wyrzucali. Kobiety panikowały, bały się. Jo tam nic nie wyrzucił, do końca nic! Tylko szkoda, że nikomu tego nie przekazałem, wszystko zostało u mnie w domu, te gazety… Ciężko było… Wytworzyli psychozę strachu. Widzieli, że kopalnie stoją, to ktoś musiał zginąć, że by ludzie wiedzieli, że oni na marne słów nie rzucają. Na zimno, z premedytacją.
Na Moszczenicy, jak ZOMO wjechało, szwagier stał przy głównych szybach na cechowni jako trzeci w szeregu od głównego wejścia. Zomowcy obstawili całą cechownię, weszli na dach. Mogli normalnie wejść przez wahadłowe drzwi do środka i rozmawiać ze strajkującymi górnikami. Ale żeby wytworzyć psychozę strachu, zaczęli wywijać tymi tomahawkami, rozbijać nimi szyby. Szwagier opowiadał – a wiem, że byle czego się nie wystraszy – że jak ludzie to zobaczyli, to nagle znalazł się w pierwszym szeregu. Zrobiło mu się sucho w ustach z wrażenia i mówił potem, że jak by się go ktoś zapytał, jak się nazywa, to nie wie, czy umiałby odpowiedzieć. A ci wpadli do środka, rąbali mikrofony, przez które jakaś kobieta prosiła ludzi, żeby wszyscy byli razem w kupce, żeby się modlili, ale wielu już uciekło. Ktoś chciał im podać klucze do naszych biur Solidarności. Nie, nie, rozrąbali siekierą drzwi, żeby pokazać swoją siłę. Dewastowali wszystko, rąbali biurka, szyby trzaskali, krzesła łamali. Na ścianie na fladze biało – czerwonej krzyż wisiał; krzyż ściepali. To ludzie tak robią…? Nie wiem. Co oni zrobili z narodem…
Do roboty nie poszeł żech tak, jak dyrektor godoł. Zgłosiłem się do lekarza i dostałem chorobowe, co mi je co roz przedłużali. Jak mi się skończyło zwolnienie lekarskie, to gdzieś w drugiej połowie lutego tydzień przerobiłem, potem wziąłem tydzień urlopu. I potem znów zaczął się ten młyn czerwony. 

Trzynastego marca jechali my z chrzestnym mojego syna, Zygmunta, od szwagra z urodzin. Jo społ w samochodzie. Naroz przed Pawłowicami zatrzymali nasze auto. Jo się obudził prawie, jak milicjant latarką do tyłu zaświecił. „Ty się możesz w ta twoja czerwona d… zaświecić” – żech mu powiedzioł. I już zaroz kozoł mi z auta wysiadać, wywalili mnie do rowu. „Reszta – powiedzioł może jechać dalej”.
I prowadził mnie do żołnierzy i zomowców, co stali niedaleko i grzali się przy ogniu z koksioka. Jak jo ich ujrzoł, a trocha żech wypił na urodzinach, toch zaśpiewoł: „Zwycięży Orzeł Biały, zwycięży miasto Lwów…” – I zaroz – basówa. I mie zamkli. Potem żech mioł z tego rozprawa sądowa. Na rozprawie jeden wojskowy powiedział, że wojsko to usłyszało i jak miało przepustkę i poszło do Pawłowic do knajpy, to jak się napili piwa i wrócili do jednostki, zaczęli śpiewać „Zwycięży Orzeł Biały…” To dowódca przestraszył się, że Solidarność wtargła na teren jednostki pancernej. Bo to nie było już OTK [Ochrona Terytorialna Kraju], ale jednostka pancerna, żeby górnicy pamiętali, że skoty są na miejscu, że nie trzeba ich sprowadzać z daleka. Że władza ludowa potrafi to górnikom zapewnić.
Sędzina na rozprawie nie bardzo umiała zrozumieć, o co chodzi i na czym to polegało, że uczucia komunisty – tego milicjanta – zostały obrażone, bo on nie bardzo umioł to wytłumaczyć. Ale że kolega, co prowadził auto, przyniósł moja książeczka wojskowa, gdzie było napisane, że jo był przed terminem zwolniony z wojska, i wyjaśnił, że to było za niechęć do Ruskich, to odroczono rozprawę do czasu ściągnięcia papierów z jednostki w Żarach. Posłano mnie jeszcze na badania do szpitala w Rybniku przy ulicy Gliwickiej, gdzie stwierdzono, że za moje czyny mogę w pełni odpowiadać. Adwokat mi jednak radził, żebych jak najdłużej był na chorobowym, bo jak przyjda na sąd, to mie zamkną.
Musiałem chorować…
Trzynastego sierpnia (znowu trzynastego), żony akurat nie było, bo pojechała z chłopcami do dziadków, szedłem od szwagra Stasia, i tak sobie nuciłem: „Zwycięży Orzeł Biały, zwycięży miasto Lwów…”, aż naraz podskoczyło do mnie trzech takich młodzieniaszków:
- My cię zwyciężymy! – krzyknęli i skopali mnie jak psa. Wtedy mi dwa zęby
wyleciały; miałem taką wstawkę, bo mi zęba brakowało. Jak mnie kopnął w żołądek, to mi wszystko wyleciało, tchu mi brakło, jo się zwijoł, a oni – wszystko to byli cywile – na mnie:
- Podnoś się szybko, bo jak my cię dźwigniemy, to cię więcej nikt nie będzie dźwigał! –
A jo z tym bólem, bez oddechu… Ale jak się zaczęło robić zbiegowisko, to wsiedli do auta i pojechali. A jo przyszedłem do domu cały strzaskany, skrwawiony, pysk we krwi…
Ale to nie było pierwszy raz. Często tak miałem, jak w autobusie coś prawdę powiedziałem, to zamiast jechać na Cieszyńską, tam gdzie mieszkam, zmieniał kurs i jechał prosto pod komisariat na Śląską, bo już jakiś ormowiec to usłyszał. A raz mi się udało. Pełny był autobus ludzi i jo coś tam znowu powiedziałem, a tajniak zaroz na milicję kozoł jechać. Jak on na placu milicyjnym wyskoczył po swoich tam, to kierowca musioł mieć tylne i środkowe drzwi zamknięte. Weszli przez przednie i szli te tajniaki do tyłu, a kobiety tak dobrze mnie między sobą skryły, że oni mnie nie dojrzeli i myśleli, że jo jestem z tyłu. A ja w tym momencie – prysk przez przednie drzwi – i poszedłem. To raz mi się tak udało, ale innymi razami to kolegium, kolegium – i basówka. Strzaskali mnie nieraz i oni się wcale tego nie wstydzili, że skrwawiony byłem. Najpierw mi wpierdz… ile weszło, a potem – bywało – że mnie zaraz takiego skrwawionego do domu puścili. Tak to trwało od lat.
W czerwcu w siedemdziesiątym roku przyjąłem się na kopalnię Jastrzębie, a w siedemdziesiątym czwartym zostałem zwolniony – bez uzasadnienia. Wtedy była podwyżka stawek, a ja powiedziałem krótko: „To jest wszystko o rz… roztrzaskać, te nowe stawki!”. I już byłem wrogiem ustroju. Kopalnia Moszczenica nie chciała mnie przyjąć z takim zwolnieniem, więc musiałem przepracować w Bielskim Przedsiębiorstwie Robót Sanitarnych jakiś czas – byłem tam od marca do końca kwietnia i od szóstego maja siedemdziesiątego czwartego przyjąłem się na kopalnie Moszczenica na dół. I tam byłem zatrudniony już do końca, do wyjazdu z Polski.
Jak była podwyżka cukru i żywności w siedemdziesiątym szóstym, to mnie zamknięto. Wzięli mnie normalnie z ulicy. Jo się później darł na tej milicji. A oni głupieli ze strachu, żeby w Jastrzębiu coś nie wybuchło i takich niewygodnych już wtedy zamykali do ciupy. Jak przyjechoł Breżniew, to mnie z dołu wyciągli i zamkli. On przyjechał chrzcić Hutę Katowice. Pracowałem wtedy na druga zmianę, o piętnastej przyjechali esbeki z Wodzisławia i musiałem z dołu wyjechać, okąpać się. Wzięli mnie w piątek na drugiej zmianie, a puścili w niedzielę o wpół do dziesiątej. Wtedy ludzi nazamykali, kto tylko był niewygodny, że cele musieli zostawić otwarte. Tak że na korytarzach, w celach, gdzie kto mógł, tam się położył, bo nie było miejsca. Zwieźli ludzi z całej okolicy, z Tychów na przykład, bo tam już tez nie pomieścili ludzi. Mnie powiedziano, że rozrzucam ulotki na terenie miasta Jastrzębie i zrywam afisze. A mnie wtedy o czymś takim nawet nie świtało. To mu powiedziałem: „Panie, jo się z ustrojem nie mogę pogodzić, ale nigdy nie zrywałem żadnych afiszów państwowych ani nigdy nie rozrzucałem żadnych ulotek. Jo wiem, że głową muru nie przebiję”.

Nie byłem w partii, a zrobiłem kombajnistę, strzałowego, bo ci z dozoru wyższego mnie forsowali, widać podobało im się, co jo mówiłem, a do roboty byłem, jak się mówi dzikus. Jeszcze w latach siedemdziesiątych stare związki zmusiły mnie do podpisania zobowiązania, że nie będę oczerniał partii, ustroju. To było w siedemdziesiątym ósmym, może siedemdziesiątym dziewiątym roku. Ustalono wtedy specjalne premie za pracę w niedziele i ktoś mi celowo podsunął temat z papierami, widząc, że jo narobię hałasu. I rzeczywiście, powiedziałem: „ To nas gonią do roboty w niedzielę, my mamy za to dwieście, trzysta złotych, a oni po tysiąc pięćset, dwa, trzy tysiące. I to jest sprawiedliwość?!”. Wtedy sekretarz na oddziale i przodowy, Feluś S., zawołał mnie do rady zakładowej i tam pysk na mnie darł, że jakie prawo jo mom coś się odzywać o systemie, o ustroju, że mom gęba zamknąć, że to nie moja sprawa. I tam u nich podpisałem, że więcej się nie będę wtrącał do polityki. A za chwilę zaś coś było. No, trudno było. Taki system…System…System. Że nie wolno było nic gadać. A jak za dużo żeś powiedział, to żeś był naznaczony…
We wrześniu osiemdziesiątego drugiego roku mnie jeszcze esbeki zamkli i straszyli, że teroz to jo już bekna za wszystko.
- Już z tąd nie wyjdziesz! My cię nauczymy polityki! – jedni straszyli, a drugi wziął mnie do innego pokoju i godo: - Czerwionka, masz ostatnią szansę. Teraz nie pojedziesz do domu, tylko prosto do Komendy Wojewódzkiej w Katowicach po paszport. I zbieraj się do wyjazdu na Zachód. Ale prędko!
Musiało być źle, jak już taki proste milicjanty powiedzieli mi:
- Ty, Czerwionka, spierdz…bo nie masz wyjścia. Bo cię zatłuką jak psa!
Wyjechałem dwudziestego pierwszego listopada 1982 roku.
Przed wyjazdem zmarła teściowa, tydzień przedtem.
W niedziele wieczorem zmarła, w środę był pogrzeb, a w następna niedzielę wyjeżdżaliśmy. Tragedia była straszna. Waliło się wszystko, jedno po drugim. Przed wyjazdem z piątku na sobotę przyjechaliśmy jeszcze pod dom, weszliśmy do mieszkania, trochę żeśmy tam siedzieli. Około wpół do czwartej Józek i Romek wychodzili, Irka spojrzała przez okno, a tam przy ich maluchu już było pełno zomowców. Józka nie spisali, bo któryś z zomowców go znoł z kopalni, ale Romka już spisali. Każdego, kto przyjeżdżał do mnie, uprzedzałem, żeby jeśli był za kierownicą, nie pił, bo każdy, kto wyjeżdża spod bloku, obojętnie, rano, wieczorem czy w nocy, jest kontrolowany, a wóz przewracany.
Trzy auta jechały za mną do Poznania. Bo jo nawet mioł wyznaczoną drogę, nie na Zgorzelec czy coś takiego, tylko pociągiem Moskwa-Paryż. I do Poznania. Ja w ogóle nie kupowałem biletu. Powiedziałem w ambasadzie, że oni mi marek nie chcą sprzedać, a jak je gdzieś skombinuję, to znów będzie sprawa, skąd mam marki, i znów mi jakiś artykuł znajdą. Co robić? W ambasadzie mi powiedzieli, że mam sobie wykupić bilet do granicy polskiej, a resztę pojadę frej. Tak że od granicy miałem już podróż za darmo. A że do Niemiec? Ja sobie sprawy z tego nigdy nie zdawałem, że jo mom jakieś tam pochodzenie. Myślałem cały czas, że Niemcy mnie z litości biorą, a później okazało się, że jo mam jakieś tam pochodzenie niemieckie po dziadku, po ojcu.
Jak już wyjechałem, to mi sąsiedzi i wszyscy tam pisali, że znowu przyszli, żeby mnie aresztować. Jo już byłem w Friedlandzie, a oni mnie jeszcze chcieli zamykać. A ten, co mieszka na moim miejscu, mówi wystraszony, bo już go chcieli brać – oni myśleli, że Czerwionkę biorą – że Czerwionki nie ma już tydzień czy ileś, bo wyjechał, i że to już jest jego mieszkanie. Nie czytaliście tabliczki…?

(1984)

Przekroczyliśmy granicę polsko-niemiecką dwudziestego drugiego listopada 1982 roku i w tym samym dniu dotarliśmy do Friedlandu, gdzie otrzymaliśmy tamtejsze papiery. Po trzech dniach pojechaliśmy do Bayreuth w Bawarii, gdzie zamieszkaliśmy Ubergangswohnheim (mieszkaniu przejściowym, tymczasowym).
Moja żona i ja od razu rozpoczęliśmy naukę języka niemieckiego. Najstarszy syn, Rafał, rozpoczął naukę w katolickiej szkole dla przesiedleńców w Bambergu, a młodszy poszedł do drugiej klasy szkoły podstawowej w Bajereuth.
Po skończeniu kursu szukałem pracy przez Arbeitsamt (Urząd Pracy), ale bez skutku. Zresztą mogłem się tego spodziewać, że jako górnik nie znajdę w Bawarii zajęcia. Przez znajomego dowiedziałem się, że jest możliwość zatrudnienia się na kopalni w Nadrenii-Westfalii. Przeprowadziłem się tam, na razie tylko ja. W lutym 1984 roku rozpocząłem pracę w firmie Thyssen, która wykonywała roboty na kopalni Auguste Victoria w Marl.
W kwietniu dojechała do mnie żona z dziećmi i znowuż nastąpiło zaczynanie jakby od nowa: szukanie szkół dla chłopców i oswajanie się w nowym otoczeniu. Stwarzało to dużo trudności do pokonania.
W 1985 roku urodziła się nam córka Monika, ukojenie naszej tęsknoty za Ojczyzną, bo zapełniła nam sobą wszystkie chwile naszego życia.
W tym czasie przeszedłem operację po wypadnięciu dysku. Od 1998 roku jestem na rencie – jest to renta chorobowa.. Praca w firmie Thyssen była bardzo ciężka i dawałem już rady dłużej pracować.
Synowie założyli rodziny i pracują. Mieszkają około stu pięćdziesięciu kilometrów od nas. Życie ułożyło im się dobrze; mamy dwóch wnuków w wieku czterech i dwóch lat. Córka zdaje w tym roku maturę i ma przed sobą przyszłość, chociaż nie jest ona jest taka łatwa, bo w Niemczech czasy się zmieniły i nie ma już takich możliwości jak przedtem. Problem polega na tym, czy znajdzie posadę.
Czekamy, aż Unia Europejska się rozpadnie… Z perspektywy czasu widzę, że w Polsce nic się nie zmieniło. Dalej rządzą komuniści i liberałowie, i chyba dobrze się stało, że wyjechałem, bo dla mnie trudno by było wytrzymać to wszystko, co się w Polsce dzieje. Ja, tutaj będąc, bardzo to przeżywam… Co by było, gdybym był w Ojczyźnie…?

[2004]


Źródło: „Wygnańcze Szlaki” – Adam Dyrko
 




Jan Czerwionka
powrót »