Relacje


powrót »

W sierpniu 1980 roku stanęła praca w KWK „Manifest Lipcowy”, a za przykładem poszły wszystkie kopalnie w mieście. Byłem wówczas zwykłym uczestnikiem strajku. Dla mnie i innych robotników był to moment euforii, byliśmy wtedy zjednoczeni i mówiliśmy jednym głosem. Przeszliśmy ogromnie ciężkie warunki podczas strajku, ale znieśliśmy wszystko. Przewodzili nam między innymi Sroka, Repeć, Buszta, później Bożko. W tamtym czasie z ambony „na górce” padały apele, by zasilać szeregi robotników, strajkujących na kopalniach. Potem nastąpił okres „karnawału” Solidarności, który trwał do grudnia 1981 roku. Ciągle trwały prowokacje ze strony władz często dochodziło do strajków. Przez to społeczność zaczęła postrzegać Solidarność, jako element, który spowalnia pracę, przynosi straty i powoduje niepokoje społeczne. Podkreślała to wciąż nagonka medialna w ówczesnych, zniewolonych przez komunizm mediach. Tak dotrwaliśmy do 13 grudnia 1981r. Wiele osób zostało internowanych. W tym „czarnym” grudniu wytrzymaliśmy w okupacji do 15-go. Najpierw doszły nas słuchy o pacyfikacji KWK „Jastrzębie”, przekazał nam to jeden oficer wojskowy. Nas, na KWK Moszczenica było dużo, cała cechownia pełna ludzi. Wojsko jednak stanęło przeciwko narodowi i doszło do momentu, kiedy pod bramy podjechały wojskowe wozy. W ten czas zrozumiałem, że nie tylko tracimy szansę na normalne funkcjonowanie w swoim zakładzie pracy ale jednocześnie, że przegraliśmy znacznie większą walkę. Walkę o wolność słowa i myśli. Z pacyfikacji pamiętam tyle, że najpierw wlano masę wody na teren kopalni i wpadli rozjuszeni zomowcy. Zachowywali się okropnie, nie było w nich ani krzty ludzkich zachowań. Ludzie z pełną determinacją, odwagą i ze łzami w oczach patrzyli zomowcom w oczy. Dwóch z nich lub trzech weszło z karabinem maszynowym na balkony cechowni, żeby jeszcze bardziej wzbudzić w nas strach. Romuald Bożko nawoływał do zachowania spokoju. Oczywiście nie obyło się bez bestialstwa zomowców. Pałowali tych, którzy w jakikolwiek sposób stawiali opór. Krew się lała po każdym uderzeniu pałą. A zomowcy mieli pianę na ustach, zachowywali się niczym automaty jakby byli pod wpływem jakiś środków chemicznych. 

Ja zacząłem swoją walkę opozycyjną podziemną krótki czas po strajku. Przez kilka miesięcy robiliśmy zbiórki dla Romualda Bożko, który był internowany. Miałem przyjaciela - Bolka Nowaka, który był oddziałowym, a jednocześnie wspaniałym człowiekiem. On znał dobrze Bożko i zaangażował się w pomoc finansową jemu i jego rodzinie. Romek nie chciał brać od nas pieniędzy, ale przekonaliśmy go, bo długo nie miał jeszcze szans na znalezienie pracy gdziekolwiek z „wilczym biletem”. Bożko przekonał nas, że warto dalej coś robić dla nas samych i „Solidarności”. Ostrzegł przed konsekwencjami współpracy z nim, chociaż to już było wiadomo z góry. Mogło być źle, jakby mnie złapali na działalności podziemnej. Ale coś mnie pchało do tego i dalej drążyłem, angażowałem się w aktywne działania.

Po raz kolejny spotkałem się z Bożko „na górce”, bo jego mieszkanie było pod obserwacją i nie było miejscem bezpiecznym. Gdzieś na jesień zapadły decyzje wstępne, co do współpracy. Nie bardzo wiedziałem, jak działać i nie miałem żadnych pomysłów, na co mogę się przydać. Musiałem się też uczyć konspiracji. Bożko był moim nauczycielem, a jednocześnie sprawdzał mnie, jak sobie poradzę. Miał jedną cechę, akceptowalną, ale trudną – nie chwalił nikogo.

Po kilku spotkaniach byłem już w pełni gotowy do roboty związkowej. Obowiązkiem było nie pić, żeby w żadnym wypadku i w żadnym stanie nie wygadać się i przypadkiem nie wpaść. Dostałem zadanie, żeby zebrać grupę działaczy. Najpierw zaangażowałem Bolka Nowaka, który też chciał coś zrobić na rzecz normalności. Później pogadałem z przyjaciółmi, zacząłem bliżej poznawać wszystkich współpracowników, obserwowałem ich. Szukałem cech, które mogą wskazywać na chęć współpracy i możliwości działania w konspiracji. Byłem bardzo ostrożny w doborze ludzi. Tak dołączył Smudziński Piotr – wspaniały człowiek. Miał upośledzone dziecko, ale nie zawahał się pomóc. Wzorce działania taktycznego braliśmy z lektur np. o Armii Krajowej. Budowanie organizacji było bardzo powolne i mozolne. Następnym był Antek Słonina, rekomendowany i spokojny człowiek, bardzo wartościowy. Kolejni to: Grabowski Józef (pasjonat historii), Mylak Józek, Łabor Alojz. Dziękowałem Bogu, ze trafiłem na odważnych ludzi, którzy nie bali się walczyć o wolną Polskę, pomimo trudnych życiowych sytuacji. Nie każdy, kto miał rodzinę i dzieci chciał się zdecydować na współpracę. A oni nie uchylili się od odpowiedzialności i nie tłumaczyli niczym.

Wszystko działało się na zasadzie łańcuszka: każdy kolejny człowiek w naszej konspiracji szukał następnych zainteresowanych. Na każdym oddziale w kopalni powstawały kolejne komórki. Nowi byli obserwowani - w jaki sposób podchodzą: do życia, do pracy i naszych spraw związkowych. Nigdy nie kontaktowałem tych ludzi z Romanem, wszyscy byli utajnieni i nikt nie znał żadnych nazwisk. Starałem się, żeby jedni o drugich nie wiedzieli za wiele. Trwało to do 1983 roku. Z drużyny zrobił się oddział. Potem wreszcie wszyscy spotkali się z Romanem, który wzruszył się tą naszą aktywnością. Zbieraliśmy pieniądze na działalność związkową. Ja osobiście dokumentowałem składki. Miałem pseudonim – „Jan”. Trzeba podkreślić, że spoczywało na nas ogromne niebezpieczeństwo i prawdopodobieństwo szykan i represji. Uczestniczyliśmy też w mszach za ojczyznę. Jako jeden z delegatów KWK Moszczenica prosiłem o zorganizowanie takiej mszy. Zostaliśmy ładnie przyjęci, ale ksiądz był ostrożny w podejmowaniu każdej decyzji. Na szczęście zgodził się.

Romuald Bożko zorganizował sieć kolportażu i zaangażował nas po jakimś czasie. Dał mi do rozprowadzenia czasopisma: „Ość”, „RiS”, „Robotnik”, „Tygodnik Mazowsze”, „Gazeta Podlaska”, „KOS”, „Manifestacja Gliwicka”, „Biuletyn Dolnośląski”, „PWA”. Do tego rozprowadzaliśmy książki, siatka kolportażu działała solidnie. Nasze sprawy zakładowe poruszane były w „OŚĆ”-i. Wyjeżdżaliśmy na pielgrzymki: do Warszawy na rocznicę śmierci ks. Popiełuszki, Częstochowy, do Piekar, do Mistrzejowic . Czesiu Kopczyński prowadził PTTK „Pielgrzym”, dzięki temu wyjeżdżaliśmy oficjalnie. Razem z nami jeździli pracownicy KWK „Wujek”, mieliśmy zawsze swoje transparenty. Był z nami Jacek Drogowski, bardzo wtedy młody, 20-letni człowiek. Tworzył przepiękne transparenty. Podkreślam, że to były czasy gdzie trudno było o materiał, farby, papier – jednak on zawsze wszystko przygotowywał na czas.

W 1984 roku powstała Tajna Komisja Zakładowa przy KWK Moszczenica na bazie mojej siatki konspiracyjnej. Oficjalnie nie byłem jej szefem, nigdy nie mogłem przecież tego powiedzieć. Byłem niepisanym liderem, ale dla bezpieczeństwa wiedział to tylko Bożko. Później wyklarowało się prezydium tej grupy. W 1988 roku zamyśliwaliśmy nad zorganizowaniem strajku. W maju próbował Manifest Lipcowy ale nie powiodło się. Waldek Kapłon, Czesiek Kopczyński, Nina Wolnikowska, Edek Bogdanik, Adolf Kaczkowski i inni spotkali się, jako delegatura RKW. Też tam byłem i rozważaliśmy możliwości zastrajkowania. Rozeznaliśmy sytuację i nastroje panujące na kopalniach, ale na ten czas zaniechaliśmy większego działania. Uważaliśmy, że ludzie byli nieprzygotowani i mogło skończyć się aresztowaniami i zniszczeniem naszych, z pieczołowitością, budowanych struktur. Później postawiono na siłę młodych. Bożko pozyskał Marka Bartosiaka „Bartka”, liczył na jego energię. 

Więcej >>


Opracowanie: Paulina Krachało, Andrzej Kamiński
 




Marian Nowak
powrót »