Relacje


powrót »

W 1976 roku doszło do rozruchów w Radomiu. Pracowałem wówczas w Poznaniu i chciano nas spędzić na wiec potępienia dla „warchołów”. Na szczęście udało mi się tego uniknąć. Rok później przyjechałem na Śląsk i rozpocząłem pracę na „Manifeście Lipcowym”. W regionie było łatwiej o mieszkania. Na początku sypiałem w hotelu. Dziwnie się składało, że gdy wracałem do domu często wpadała mi w ręce broszura „Wolny Związkowiec”. Czytałem ją. To była dobra lektura dla zastanowienia się nad systemem, który nad nami panował. Stąd wynikały żarty na oddziale, gdy nazywałem kolegów „niewolnikami socjalizmu”. Jedni traktowali to z uśmiechem, inni nie. Z biegiem czasu całe moje otoczenie znało poglądy, które wyznawałem.

Strajk w sierpniu roku 1980 rozpoczął Stefan Pałka. Wśród załogi znalazła się grupa kilkudziesięciu osób, które działały na rzecz organizacji i utrzymania strajku. Brałem w tym udział. Na salce odpraw wyłonili się ludzie najbardziej aktywni. Po podpisaniu Porozumienia Jastrzębskiego należało stworzyć komisję oddziałową, w co zaangażowałem się dość mocno. Pamiętam takich, którzy nie pełnili dużej roli w strajku, ale byli pierwsi do pokazania twarzy przy uroczystościach. Jako komisja oddziałowa zbieraliśmy deklaracje członkowskie. Odzew był ogromny, bardzo dużo ludzi wstąpiło do NSZZ „Solidarność”. Na co dzień walczyliśmy o szanowanie naszych praw. Chodziło między innymi o zmniejszenie wyśrubowanych norm wydobycia. Często przekazywano dosłownie z rąk do rąk gorące od pracy kombajny, a i tak nie było możliwości wypracowania zakładanych planów. Nie dbano o zdrowie i życie członków załogi. Normy bezpieczeństwa przekraczano nagminnie. Stąd narastało wzburzenie, tym bardziej, że musieliśmy harować przysłowiowe świątki, piątki i niedziele. Tymczasem władza i tak złamała wszelkie porozumienia.

W czasie stanu wojennego nie byłem bierny. 12 grudnia poszedłem na nocną zmianę. Gdy dowiedzieliśmy się o jego wprowadzeniu, natychmiast wyjechaliśmy spod ziemi. Zaczęła się pacyfikacja i padły strzały. Dziś już nie widać śladów po kulach na budynkach, choć przez kilkanaście lat te „pamiątki” przypominały o zbrodniach władz. Zaczęła się działalność na rzecz aresztowanych. Wyszedłem na balkon kierowników robót i krzyczałem do ludzi, że trzeba się zorganizować i pomóc opuszczonym przez ojców rodzinom. Dziś niewielu pamięta nazwiska osób, które wówczas działały, jak Andrzej Popek czy Jerzy Czechowski. To była zupełnie spontanicznie organizowana pomoc, ludzie pomagali z potrzeby serca. Wiadomo było, kto na jakim oddziale zbiera pieniądze i dla kogo będą one przeznaczone.

Były problemy z dostępem do wydawnictw podziemnych. Wiele z nich zabrali „smutni panowie”. Mimo to starałem się być na bieżąco, szczególnie po zakończeniu stanu wojennego. Docierała do nas między innymi „Gazeta Małopolska”, którą potem rozdawaliśmy na kopalniach. Nikt nie pytał, skąd kolportujący otrzymał egzemplarze, gdyż natychmiast zostałby uznany za agenta. Zaczynaliśmy też własny druk i później rozrzucaliśmy ulotki, gdzie tylko się dało. W tamtym czasie miałem również wypadek w zakładzie. Zasypało mnie na dole i połamałem sobie nogi.

Pamiętam msze za ojczyznę w kościele „na górce”. Tam zapoznawaliśmy się z innymi z konspiracji. Działo się to oczywiście nieformalnie. Nasza grupa z Raciborza występowała z transparentem, więc łatwo było nas dostrzec: Edward Jarek, Bolesław Olewiński i ja. Potem przyłączyli się inni. Zaczynały się podchody jednych pod drugich, badanie się. Nasza ekipa miała opinię zdecydowanych na wszystko radykałów, tzw. pistoletów. Dzięki temu zbliżyliśmy się do Stanisława Koska, Władysława Matysiaka i Jerzego Nowosielskiego. Kosek był jedną z najbliższych mi osób, które niezwykle szanowałem. Na przełomie roku 1987 i 1988 spotkaliśmy się po mszy w salce przy kościele, aby podjąć dyskusję na temat następnych działań. Prelegentem był bodajże Jan Górny. Z rozmów wynikało, iż najważniejszą sprawą jest pokazanie społeczeństwu, że „Solidarność” żyje. Była wśród nas także Danuta Skorenko, która najwidoczniej „poczuła pismo nosem”. Oto znalazła się grupa radykalnych, która może wziąć na siebie rolę zapalnika. Czy baliśmy się konsekwencji takich decyzji? Oczywiście. Nie ma człowieka, który się nie boi. Ten, kto tak mówi, jest największym tchórzem. Świadomość strachu u jednych powoduje wycofanie się, a nas z kolei mobilizowała. Propozycja powołania jawnego komitetu „Solidarności” nie mogła przejść bez echa. Pierwszą próbę strajku chcieliśmy podjąć już w kwietniu. Nie doszedł on jednak do skutku z powodu braku koordynacji. W zasadzie tutaj wszystko zostało w ramach naszej grupy raciborskiej. W maju o proteście wiedziała już zarówno Tajna Komisja Zakładowa, jak i inne osoby, które musiały o tym wiedzieć. Niestety, ponownie zabrakło koordynacji, ale też informacji z pomocą ulotek. W maju nie udało się „podpalić” strajku. Ale po kolei.

Datę rozpoczęcia protestu wyznaczyliśmy na 9 maja. Moje czterdzieste urodziny. Dzień wcześniej otrzymałem postulaty spisane na papierze do pakowania, bo nie zdążono ich wydrukować. Wśród nich najważniejszy, dotyczący legalizacji „Solidarności”. Byli ludzie, którzy twierdzili, że należy z tym żądaniem poczekać i najpierw walczyć o wyższe płace i godne warunki pracy. Nie brali pod uwagę, że legalizacja naszego związku zawodowego pociągnie za sobą również te inne postulaty. Mieliśmy nawet papier z własnoręcznymi podpisami, iż rezygnujemy z protestu w przypadku rezygnacji z tego pierwszego punktu. Żądania dostarczył mi albo Władek Matysiak, albo Edward Wolny. W domu przepisałem wszystko ręcznie i rano wraz z Edwardem Jarkiem pojechałem na „Manifest Lipcowy”. Pojawiliśmy się na pierwszej zmianie i zjechaliśmy pod ziemię. Zaczęliśmy rozdawać ulotki na podszybiu, ale natychmiast ktoś doniósł. Widziałem, jak jeden z kapusiów o nazwisku Kozak podszedł do telefonu i poinformował kogo trzeba o akcji. Ktoś zawalił sprawę, o wszystkim dowiedziała się SB. Być może za dużo ludzi wiedziało, bo ganiali jeden do drugiego i ktoś niepowołany w końcu musiał się dowiedzieć. Zostaliśmy sami. Wyjechaliśmy na powierzchnię i poszliśmy się wykąpać. Wszystko spokojnie. Nieprawdą jest, że gdziekolwiek z Jarkiem uciekaliśmy. Przecież to nie miało sensu. Wiedzieliśmy, że nas dostaną. Mieli świadków i o wszystkim byli poinformowani. Wyszliśmy z zakładu i skierowaliśmy się do kościoła „na górce”. Byli tam Romuald Bożko i Adam Kowalczyk. Natychmiast wzięliśmy się za drukowanie ulotek, które wcześniej musiałem spisywać ręcznie w domu. Spędziliśmy tam kilka godzin i wróciliśmy na kopalnię. Przed drugą zmianą zaczęliśmy je rozdawać na powierzchni. Tym razem nie zjechaliśmy pod ziemię. Było nas tylko dwóch, więc nie mieliśmy szans być wszędzie. Specyfika kopalni jest taka, że nie da się natychmiast wszystkich zgromadzić w jednym miejscu. Znów nie udało się wzniecić strajku. Kolega z oddziału ostrzegł mnie, że już jestem poszukiwany. Udało się wyjść z kopalni w tłumie opuszczających ją osób. Pojechałem do Raciborza, ale żona zdążyła poinformować mnie, że miała już w domu wizytę SB. Nie wróciłem do mieszkania. Dowiedziałem się, że o naszej akcji mówili w „Wolnej Europie”. To dzięki Danucie Skorenko, która starała się informować media o każdej próbie protestu.

Wieczorem wróciłem na kopalnię. Byłem wówczas strzałowym i tego dnia miałem pracować na nocną zmianę. Wiedziałem, że mogą mnie aresztować i czeka mnie kara dyscyplinarna. Ale nie chciałem, żeby mieli powód do zwolnienia mnie z uwagi na absencję. Przybyłem do szatni, a tam kłódka od mojej szafki urwana. Przebrałem się i poszedłem odebrać znaczek. Był zablokowany. „Proszę zgłosić się do oddziału BHP”. A tam już czekali esbecy z kajdankami. Wychodząc pokazałem kolegom skute ręce i powiedziałem: „Tak wygląda wolność”. Zabrali mnie na 48 godzin na ulicę Śląską, gdzie mieści się dziś komenda policji. Przesłuchiwali, ale nic nie uzyskali. Nie udało im się dowiedzieć o tajnych strukturach związku na kopalni. Odstawili mnie do celi. Więźniowie słysząc paragraf, z którego mnie tam umieszczono, natychmiast przygotowali mi miejsce do spania i załatwili papierosa. Gdy dowiedzieli się, że mam urodziny, przygotowali „przyjęcie”. Czarny chleb, czarna kawa i mielone „z szalika”, jak to określali (śmiech), z zupą. Esbecy żartowali widząc tą imprezę, że więźniowie wystawnie się prowadzą. Tak spędziłem moje czterdziestolecie. Po dwóch dniach wypuszczono mnie z aresztu bez butów. Udałem się na kopalnię, bo cały czas byłem w ubraniu roboczym. Opowiedziałem kolegom o sytuacji. Po przebraniu się pojechałem do domu.

Druga akcja nastąpiła 15 maja. Ponownie rano z Edwardem Jarkiem udaliśmy się na kopalnię. Tym razem ulotki mieliśmy przygotowane. Ich drukiem zajęła się Danuta Skorenko. Nie kryliśmy się z tym, co robimy. Rozdawaliśmy wywrotowe treści przed wejściem do zakładu i na cechowni. Nie zdążyliśmy skończyć akcji, gdy podjechali polonezem i wepchnęli do auta. Ponownie zawieźli nas na Śląską na 48 godzin. I znów to samo, czyli przesłuchania. Siedzieliśmy w osobnych celach, więc nie było możliwości konsultacji zeznań. Po dwóch dniach zwolnili nas do domów.

Do czerwca skompletowaliśmy komisję jawną „Solidarności”. Miało w niej być jedenaście osób. Optowała za tym Danuta Skorenko, która wysunęła taki postulat w czasie dyskusji u mnie w mieszkaniu. Była to druga jawna komisja na Śląsku, po piekarskiej „Andaluzji”. Przewodniczącym wybrano mnie, wiceprzewodniczącym Edwarda Jarka. Wyniknęła potrzeba udania się do Sądu Wojewódzkiego z dokumentami celem legalizacji komisji. Podjęła się tego Danuta. 6 czerwca podjęliśmy akcję ulotkową na kopalni, w ramach której mieliśmy zamiar poinformować załogę o powstaniu organizacji i jej członkach. Był to słynny komunikat nr 2. Tego samego dnia zostałem zwolniony z pracy. Jak twierdził mecenas Leszek Piotrowski, stało się to na polecenie wiceministra przemysłu Bilika. Jego zdaniem dyrektor kopalni Grzywa, który swego czasu został na to stanowisko wytypowany przez „Solidarność”, odpuściłby mi „winę”. Ale dostał ukaz z góry i nie było wyjścia. Inna sprawa, że moim zdaniem Grzywa po objęciu stołka zmienił front, ale jak wiadomo kariera czasami zmienia ludzi. Wyrzucono tylko mnie, prawdopodobnie jako ostrzeżenie dla pozostałych. Mimo wszystkich późniejszych strajków i protestów, aż do czasów Okrągłego Stołu pozostawałem bezrobotny. Zresztą sądowego przywrócenia do pracy nigdy nie otrzymałem. Gdy w 1989 roku ponownie przyjęto mnie na kopalnię, byłem traktowany jak nowy pracownik. Ot, przyszedłeś. Wszystko, co robiłeś dotychczas nie ma znaczenia. Nie jesteś ani strzałowym, ani kombajnistą. Za okres zwolnienia do dziś nie otrzymałem żadnego odszkodowania.

Wniosek o legalizację komisji jawnej odrzucono. Natychmiast złożyliśmy odwołanie do Sądu Najwyższego. Dotychczas wszystko pilotował mecenas Piotrowski, ale nie mógł się stawić na rozprawie w Warszawie 23 czerwca, gdzie pojechałem z Danutą Skorenko. Stąd inicjatywę przejął adwokat Andrzejewski. Wszystko poszło bardzo szybko. Nie ma podstaw prawnych do legalizacji. Takie a takie ustawy nie obligują do rejestracji związków zawodowych. Było to jawne nagięcie bądź złamanie prawa, bo komuniści zapomnieli uchylić artykuły konstytucji sprzed wojny, które zezwalały na zakładanie partii. Do tego przecież podpisali międzynarodowe konwencje związkowe. Mimo to nie znaleziono podstaw prawnych. Po prostu śmiechu warte. W czasie kolejnego pobytu w stolicy w lipcu byliśmy w mieszkaniu Leszka (nazwiska nie pamiętam) na Żoliborzu. Tam dowiedzieliśmy się, że Śląsk już nie zaprotestuje, bo dostał największe „lanie” w stanie wojennym. Zdaniem warszawiaków, zostaliśmy skutecznie spacyfikowani. Tłumaczyłem im, że strajki na kopalni mają swoją specyfikę. Nie można wszystkich w jednej chwili zebrać w danym punkcie. Trzeba pamiętać o zabezpieczeniu zakładu. Nie można tak po prostu przerwać pracy i zostawić samej sobie całej machiny pod ziemią. Nie wiem, czy oni to rozumieli. Dlaczego nawiązaliśmy współpracę z Warszawą? Chodziło o koordynację ewentualnego wybuchu protestów. Tym razem nie chcieliśmy popełnić błędów z kwietnia i maja. Podobnie czyniliśmy w Jastrzębiu, gdzie komisja jawna współpracowała z tajną. Wracając ze stolicy wiedziałem, że strajk wybuchnie. Ale tym razem będziemy działać skutecznie. Decyzję podjęliśmy wcześniej w czasie spotkania u Stanisława Koska.

15 sierpnia około 4 nad ranem dotarłem na „Manifest Lipcowy”. Tym razem się udało. Komisja jawna poderwała załogę do strajku mając wsparcie komitetu tajnego. Akcja toczyła się niezwykle szybko i na międzyzmianie (o godz. 21.20) zakład już nie pracował. Najpierw przemawiał Krzysztof Zakrzewski, potem ja, i na końcu Andrzej Kornak. Raptem okazało się, ilu mamy przyjaciół. Warszawa nie miała racji. Chyba nawet sami nie spodziewaliśmy się, że po strzałach z 1981 roku nasza kopalnia zachowa taką wiarę w „Solidarność”. Na dodatek organizacji podjęło się naprawdę wielu młodych ludzi, którzy nie grali wielkiej roli w pamiętnym sierpniu roku 1980. Niemal natychmiast informację o strajku podała „Wolna Europa”. Stworzyliśmy komitet strajkowy. Pierwszym przewodniczącym wybrano mnie, ale szybko tą rolę przejął Zakrzewski, bo w przeciwieństwie do mnie był pracownikiem „Manifestu”. Ustaliliśmy to jeszcze w czasie rozmów w kościele „na górce”, gdyż ja mogłem mieć problemy z wejściem na kopalnię. Najważniejszą kwestią była legalizacja „Solidarności”. To był punkt pierwszy. Ponownie miały miejsce próby rezygnacji z tego najważniejszego postulatu za cenę walki o wyższe płace. Na szczęście nieudane.

W czasie strajku pięknie spisywał się Jan Piłat, czyli słynny „Lalunia” (śmiech). Wspaniale zorganizował zabezpieczenie zakładu. Próby przemytu alkoholu czy rozpoczęcia burd likwidował w zarodku. Miał twardą rękę i dzięki temu milicja nie miała pretekstu do ataku na zakład. Do naszego strajku w kolejnych dniach dołączyły pozostałe jastrzębskie kopalnie. Zaczął tworzyć się Międzyzakładowy Komitet Strajkowy i pojawili się doradcy, między innymi Janek Lityński, prawdziwa wspierająca dusza, i Bogdan Lis. Poza tym pod koniec protestu dotarli ludzie, którzy dzisiaj są bardzo dobrze znani. Wtedy nazywaliśmy ich spadochroniarzami. Przyjechał również Tadeusz Jedynak, który na wieść o strajku przyleciał z Australii. Był też Ryszard Bocian z KPN, który drukował „Manifeściaka”. A na sam koniec przybył Lech Wałęsa wygasić strajk. Powiedział, że jesteśmy słabi, bo z kilku tysięcy zostało nad stu. Dlatego czekała na niego taczka. Byliśmy desperatami, którzy wiedzieli, co ich czeka. Tymczasem Wałęsa wyciszał strajki w Polsce bez żadnych gwarancji bezpieczeństwa. Nie chcieliśmy się na to zgodzić. Mam mieszane poglądy, jeśli chodzi o ewentualne użycie tej taczki. Wałęsę traktuję jako symbol, ale nie tak, jak on sobie tego życzy. Nie może mówić, że sam rozwalił komunizm, że sam walczył, i że „o take Polske”. Nikt nie może sobie przywłaszczać, że „Solidarność” to on. Wychodząc z kopalni byliśmy potwornie zmęczeni. To był długi i ciężki strajk. Fizycznie dało się wytrzymać, ale psychicznie wiele osób nie dawało sobie rady. Człowiek patrzył na żonę i dzieci za ogrodzeniem myśląc o tym, co będzie dalej. Na dodatek przysłano nam prokuratora grożącego latami więzienia. Ale było nam wszystko jedno, bo czy wyjdziemy dziś, czy wyjdziemy za tydzień, to i tak dobiorą się do nas. Dzięki wspaniałej postawie załogi i społeczeństwa, które wspierało nas duchowo i moralnie, byliśmy w stanie przetrwać. Szliśmy przez miasto w „pochodzie zwycięstwa” powłócząc nogami. Nikt z nas nie myślał o walce o stołki. Ani Kosek, ani Matysiak, ani ja. Liczyliśmy, że osoby ze świecznika z roku 1980 przejmą ideały „Solidarności” i będą je realizować. Niestety, wyglądało to zupełnie inaczej.

Dzisiaj często słyszę pytania, czy było warto. Dostałeś medal, ale co z tego. Kasy z tego nie masz. Wtedy zastanawiam się, czy w czasie strajku ktokolwiek myślał o pieniądzach czy karierze. Były zupełnie inne wartości. Ciekawe, czy człowiek, który zadaje takie kwestie pomyśli choć przez chwilę, że to właśnie dzięki takim działaniom jego dzieci żyją w wolnym kraju, gdzie nikt nie puka do drzwi za mówienie i śpiewanie nie tak, jak trzeba. Nikt dziś nikogo na żadne spędy polityczne nie zgania. Czy to nie jest ważniejsze od pieniędzy? A może należało uczynić tak, jak osoby, które wyskoczyły zza pleców przywódców protestów i wspięły się na świecznik? Nie będę ich osądzał, niech im będzie. Po strajkach raptem znaleźli się ludzie do rządzenia państwem w imię „Solidarności”. Wiedzieli, że system chyli się ku upadkowi i skorzystali z tego. A tych, którzy nie chcieli dogadywać się z komunistami, jak Koska, Zakrzewskiego czy mnie, usunięto i zapomniano. Wałęsa też brał udział w tym wyciszaniu. Pamiętam takie słowa Zbigniewa Bujaka, który wprost stwierdził, że nie wie, co należy zrobić z działaczami z roku 1988. Część „Solidarności” poszła na ugodę i odstąpiła czerwonym sprawy finansów, sądownictwa i energetyki. Realna władza pozostała w ich rękach. Taki jest mój pogląd. Jeśli ktoś się ze mną nie zgadza, to jego sprawa.

Dyrekcja kopalni nie wzięła pod uwagę żądań przywrócenia mnie do pracy. Odkładali decyzję w tej sprawie aż do obrad Okrągłego Stołu. Byłem najdłużej oczekującym człowiekiem w Polsce. Nasza grupa raciborska miała zawsze silne związki z KPN. Dzięki wsparciu Marka Bartosiaka „Bartka” nawiązaliśmy kontakty z „Solidarnością Walczącą” i drukowaliśmy w moim mieszkaniu „Konfederata Śląskiego”. Pomagała mi w tym córka Lidia, która należała do Grona Młodzieży Niezależnej. Była wówczas w liceum medycznym. Prawdopodobnie za tą działalność zabrano jej stypendium. W tym miejscu chcę też podziękować mojej żonie, Mieczysławie. To ona była zawsze najważniejsza i najodważniejsza. Biegała po sklepach, utrzymywała i organizowała dom, gdy trzeba było przyjąć gości formatu chociażby Bogdana Borusewicza. Musiała mieć oczy dookoła głowy. To były ciężkie czasy. Do domu zaglądała bieda. Ale istniało coś takiego, jak ludzka solidarność. Nikt nie pytał, kto ile ma. Jak było gorąco, to wszyscy ze świecznika znali drogę do gniazdka, czyli mojego mieszkania. Żeby przyjąć gości dawało się swoje kartki. Podobnie czynił „Bartek”. I nikt nie miał do nikogo pretensji.

Po wydarzeniach sierpniowo-wrześniowych wiele osób pozostało bez pracy z powodów politycznych. Mimo zapewnień władz, nie przywrócono nas na kopalnię. Ja znalazłem sobie zajęcie u pewnego człowieka, ale pracowałem tylko jeden dzień. Przyszli do niego esbecy i powiedzieli, że firma zostanie zlikwidowana, jeśli będę tam zarabiał na życie. Ten człowiek nie miał wyjścia i nie mam do niego absolutnie żadnych pretensji. Zostaliśmy bez środków do egzystencji. Ale na szczęście cały czas wspierała mnie żona, choć nie mieliśmy co do garnka włożyć. Zaczęliśmy sprzedawać rzeczy z domu, między innymi kolekcję książek. Wszystko poszło. Koledzy ze świecznika też zapomnieli, bo po co pamiętać. Raz z Gdańska przysłano mi 800 złotych i to było wszystko. W listopadzie ludzie tacy jak ja spotkali się w kościele „na górce”. Zapadła decyzja o powołaniu Grupy Bezrobotnych. Chcieliśmy nadać naszemu problemowi formalny aspekt. Potem był „protest głodowy” w listopadzie w Katowicach. Byliśmy zdesperowani i gotowi na wszystko. Gdyby nie prośby biskupa, to wszystko mogło się różnie skończyć. Tymczasem zbliżało się Boże Narodzenie, a my mogliśmy wbijać zęby w ścianę. Otrzymywaliśmy wsparcie od kolegów z kopalni, za co serdecznie dziękuję, ale ile można „wisieć” na kimś. Przed samymi świętami zorganizowaliśmy spotkanie, na które przyjechał Zbigniew Romaszewski. Dyskusja była burzliwa. Był w szoku, że jest nas tylu. Powiedzieliśmy mu, że nie mamy czym nakarmić własnych dzieci. I jakiejś pieniądze się znalazły. Zajął się tym Bazyli Tyszkiewicz, który uratował nam święta. Chwała mu za to. Po Nowym Roku zaczęto przyjmować na kopalnię „mniej groźnych”. Jednak nazywanie ich tak było bzdurą, bo zdziałali nie mniej od pozostałych.

Dlaczego o nas zapomniano? Nie wiem. Chyba byliśmy niewygodni. Milczano i odstawiono do lamusa. Może ktoś kiedyś się do nas dokopie. A ja nie należę do ludzi, którzy wypinają pierś po ordery. Nasze strajki z roku 1988 były tymi, które ostatecznie przydusiły komunistów. Uważam, że gdybyśmy wówczas nie powstali, to władza nie poszłaby na ustępstwa. Może daliby trochę paszportów i jakąś wolną „szczekaczkę”. Ale utrzymaliby pełnię władzy. Dzięki Jastrzębiu i punktowi 1. naszych postulatów wiedzieli, że nie mogą nas zbyć gładkimi słowami. Bo „Solidarność” znaczyła wszystko. Wolność i niepodległość. A nie tylko płace. Później środowisko opozycyjne podzieliło się. Myślę, że już wcześniej różniliśmy się między sobą. Ale to przecież normalne. Siła „Solidarności” tkwiła w tym, że poszczególne nurty uzupełniały się, a nie zwalczały. My, związani z KPN, nie krzyczeliśmy głośno, ile zrobiliśmy. Nie działaliśmy dla pieniędzy, medali i stołków. Na pewno boli to, że do władzy doszli ludzie, o których wcześniej mało kto słyszał. Może dlatego woleli zapomnieć. A czasami wystarczyło powiedzieć proste „dziękuję”. Za wolność, za „Solidarność”, za demokratyczną ojczyznę. Tego zabrakło. Za rok 1988 zapłaciłem cenę zdrowia. Jeszcze wcześniej przeszedłem mały zawał, ale gdy dostałem zapaści w roku 1995, nie było odwrotu. Operacja serca, a potem kilkumiesięczna rekonwalescencja w klinice u profesora Zbigniewa Religi w Zabrzu. Wyglądałem jak kosmonauta. Zewsząd wystawały mi rurki z aparatury, do której byłem podłączony. Potem ludzie ze zdziwieniem dowiadywali się, że jednak żyję, bo różnie mówiono. Potwierdzam, żyję.

Niedawno otrzymałem złoty medal związkowy Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. Przyjąłem go. Będzie to przynajmniej jakaś pamiątka dla mojej rodziny.



Opracowali: Andrzej Kamiński, Mariusz Gołąbek
 




Jan Golec
powrót »